Blogowisko.org
Blog > Komentarze do wpisu
Po co jest historia?

        Takie pytanie, albo może podobne, było jednym z pierwszych, jakie zadano nam na wstępie do nauk historycznych. Oczywiście młode żółtodzioby, jakimi byliśmy, odpowiadały górnolotnie: że dla poznania prawdy, przeszłości, dla zachowania tożsamości narodowej i tym podobne hasła, świadczące o młodzieńczym idealizmie, tudzież naiwności. Przy okazji zanotować muszę, że jeden z moich kolegów (godny przeciwnik w grach strategicznych), stwierdził, że robi się to dla kasy. Nie wiem, czy już na wstępie popisywał się swoim ekstrawaganckim poczuciem humoru, czy też miał jakiś patent na wzbogacenie dzięki historii. Dałbym jednak konia z rzędem temu, kto by pokazał, jak to osiągnąć, bowiem doświadczenie uczy czegoś wręcz odwrotnego. Ale dość dygresji. Nasz mistrz, pozwoliwszy się nam wypowiedzieć, wprowadził nas w dorosłość. Otóż powiedział, że jedynym celem historii jest indoktrynacja. I uzasadnił swoją myśl, że po cóż innego rządy miałyby dawać pieniądze na coś równie bezproduktywnego i nieprzynoszącego widocznych profitów. A jakże, czerpią one korzyści właśnie w tej postaci, że kształtują wizję świata (przeszłości) swoich obywateli. Bardzo mądrze określił to Orwell w swej powieści 1984: Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość. I bynajmniej nie odnosi się to tylko do państw totalitarnych, jak wskazuje ta powieść. To, że w latach PRL-u nie mówiono o Katyniu, czy agresji radzieckiej, jest oczywiste, ale również dziś ocena wydarzeń z przeszłości zależy od frakcji politycznej, jak choćby rola, a przede wszystkim wkład Józefa Piłsudskiego w zwycięstwo w bitwie warszawskiej, której niedawno rocznicę obchodziliśmy (np. ujawnienie, a raczej przypomnienie, co przy tej okazji ma dużą wymowę przez posłów PSL tekstu mówiącego o tym, że na kilka dni przed bitwą Piłsudski chciał poddać się do dymisji). Wybiórcze żonglowanie faktami i ich interpretacja zgodna z własną wizją to typowe zabiegi polityków, jak również ideologii (rewizjonistyczne poglądy w sprawie holocaustu, w czym przoduje brytyjski historyk David Irving).
        I tak to studiując poznawałem to oblicze historii, która ma wiele twarzy. Idąc zaś w śladu „mistrza czarnoksięskiej wiedzy” sam odkrywałem „magię” indoktrynacji. Wszystko poznając, we wszystko wątpiąc.


        A teraz z innej beczki: znowu o serialu kryminalnym. We wtorek zdarza mi się oglądać Dowody zbrodni (Cold case), choć oczywiście z niecierpliwością czekam na jedyny serial, który regularnie przykuwa mnie do telewizora, czyli na Lost. Póki co jednak – jako się rzekło – zdarza mi się oglądać jakieś crime story.
        Serial (oczywiście kryminalny, a nie Lost) opowiada o tym, że pod wpływem nowych dowodów wznawia sie stare sprawy, często nie po latach,a po dziesięcioleciach, kiedy ludzie ułożyli sobie już życie na nowo, próbując zapomnieć o tragedii sprzed lat. A tu nagle wkracza policja i rozdrapuje te stare rany, niejako wkłada kij w mrowisko, i po co? Aby rozwiązać sprawę, o której ludzie świadomie lub podświadomie zapomnieli – pogodzili się z losem, nie mogąc go odmienić. Narażają ich na ponowne przeżywanie tego samego koszmaru, nie dając gwarancji, że przyniesie to ukojenie. Są jak lekarze, którzy muszą złamać ponownie rękę, czy nogę, która się źle zrosła.
        I tak sobie właśnie pomyślałem, że podobnie sprawa wygląda (lub może dla niektórych wyglądać), kiedy historycy stawiają pytania o sensowność Powstania Warszawskiego, czy inne wydarzenia z przeszłości. Takie pytania rozpętują dyskusję, która dla uczestników dawnych zdarzeń może być bolesna; przy tego typu rozważaniach pojawiają się (lub mogą pojawić) zadawnione żale, pretensje, resentymenty, poczucie winy lub upokorzenia – cały bagaż emocji, które raczej dzielą społeczeństwo niż je łączą.


        A ja – mimo wszystko, mimo cynizmu i świadomości manipulacji – jestem naiwnym romantykiem, albo niepoprawnym idealistą, co na jedno wychodzi (nieuleczane choroby), bo uważam, że być może historia jest (a przynajmniej powinna być) właśnie po to, by pomagać leczyć przeszłość. Jak ci policjanci z Dowodów zbrodni, jeśli już rozdrapują dziejowe rany, powinni dążyć do przedstawienia prawdy, nawet na przekór własnym interesom (jak w ostatnim odcinku, kiedy to wyszła na jaw brutalna prawda o jednym z funkcjonariuszy, którego uważano za bohatera poległego na służbie). Skoro już wkroczyłem w sferę idealizmu, to mogę pofantazjować: chciałbym dożyć (ale nawet gdyby to było później, byłoby miło;) czasów, gdy powstałaby płaszczyzna, na której historycy tworzyliby jeden obraz przeszłości niezależnie od narodowości, opcji politycznej, wyznawanej religii, czy innych różnic; taki obraz, który pozwoliłby ludziom pojednać się, zaznać ukojenia – taka prawda, która wyzwala od bólu, resentymentów, żali, upokorzeń i tego wszystkiego, co sprawia niszczy stosunki międzyludzkie.
        Ale nawet w przypadku, gdyby nie doszło do powstania takiej płaszczyzny dialogu, dobrze byłoby, gdyby historycy widzieli za tymi faktami, zdarzeniami, historią przez duże H, człowieka. I by w jakiś sposób chociaż mogli sprawić, by ci którzy tę historię tworzyli, odnaleźli prawdę, a za jej sprawą nowe życie... jak bohaterowie serialu Dowody zbrodni.


(Tak nawiasem mówiąc, to z reguły jestem przeciwnikiem jednego frontu, jednej organizacji, jakiejkolwiek wielkiej jedności, która pachnie monopolem na prawdę, czy wizję świata. Od tego bowiem blisko już do totalitaryzmu.)

 

środa, 22 sierpnia 2007, kagetora
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: