Blogowisko.org
Blog > Komentarze do wpisu
Emocje w służbie totalitaryzmów
Uczuciowość jest człowiekowi niezbędna, ale staje się groźna z chwilą, gdy zaczyna ją uważać za wartość, za kryterium prawdy, za usprawiedliwienie postępowania. Najszlachetniejsze uczucia narodowe gotowe są usprawiedliwić najgorsze potworności; i z piersią przepełnioną lirycznymi uczuciami człowiek dopuszcza się plugastw w święte imię miłości.

Milan Kundera (wprowadzenie do wariacji, w tegoż: Kubuś i jego Pan. Hołd w trzech aktach dla Denisa Diderota).

 

            Te słowa czeskiego pisarza mogłyby posłużyć jako motto do decyzji, która przyświecała powstaniu Librii. Tak, właśnie postanowiłem nawiązać do poprzedniego wątku o Equilibrium. Pisząc poprzedni w zasadzie nic nie podałem o przyczynach powstania tego „niezwykłego” totalitaryzmu, wychodząc z założenie, że skoro wiedziałem (mniej więcej) o co chodzi w tym filmie Kurta Wimmer’a, to w zasadzie wszyscy też coś o nim wiedzą. A tak przecież nie musi być. Lecz nawet gdyby moje pierwsze założenie było słuszne, to nie przeszkadza mi to w nawiązaniu do tego filmu.

            Libria to świat jaki narodził się po III wojnie światowej, ze świadomości, że kolejnej takiej wojny ludzkość już nie przeżyje. Nawiasem mówiąc sądzę, że III wojna byłaby dla nas grobem, ale nieważne. Ludzkość (władza?) uznała, że źródłem wojen i wszelkiego zła na tym świecie są nasze uczucia takie jak nienawiść, zaborczość, nietolerancja wrogość, pożądanie cudzej własności, czyli wszystko to, co rzeczywiście przyczynia się do zła. Ale żeby wyeliminować zło uczuć, trzeba było także wyeliminować te uczucia dobre: wszelkie uczucia. Znikła więc miłość, przyjaźń, radość, poczucie piękna, a z nią sztuka, która rodzi się z piękna i do podziwiania piękna nas skłania. To niewielka cena za bezpieczeństwo i przetrwanie – uznali ci, którzy podjęli decyzję. Właściwie należałoby tu wspomnieć, że czasem rozgraniczenie na te uczucia, które są dobre i te które są złe, nie da się jednoznacznie przeprowadzić. Bo też jak słusznie zauważa Kundera ludzie popełniają zbrodnie w imię miłości do narodu, ojczyzny, a niekoniecznie za sprawą nienawiści do sąsiadów: co miał robotnik z Bawarii do rybaka z Bretanii albo chłopa spod Charkowa? A przecież stali naprzeciwko siebie z karabinem próbując siebie zabić… w jednej i drugiej wojnie. Albo też czy można odbierać pokrzywdzonym robotnikom prawa do gniewu (sprawiedliwego gniewu) na władzę rzekomo ludową w Radomiu w 1976, czy w innych latach w innych miastach i krajach… Czy ta sama miłość, która nas uszlachetnia, w swym lęku przed utratą ukochanej osoby nie popycha ku chorobliwej zazdrości, albo też nie ma mocy przemienić człowieka z Anakina w dartha Vadera (Zemsta Sithów). Postanowienie o rezygnacji z uczuć wydaje się więc uzasadnione z punktu widzenia Librii. Ale nie odcięcie człowieka od uczuć samo w sobie jest tu niezwykłe, lecz rezygnacja z nich przez totalitaryzm, czyli ustrój, który całkowicie chce decydować o człowieku.

            Właściwie historia pokazuje, że wszelkie reżimy tego typu posługiwały się uczuciami. Z jednej strony, aby zdobyć władzę – jak NSDAP – wykorzystywały rozczarowanie demokracją, kryzys gospodarczy do głoszenia haseł, w których na „innych” (Żydów, komunistów, państwa Ententy) winę za zły stan państwa i rozbudzanie mitu o wielkości – miłości własnej pokrzywdzonego narodu. Kult wodza, który pokazywany jest jako dobry ojciec narodu obecny zarówno w III Rzeszy, jak w stalinowskim Związku Radzieckim, czy innych krajach rządzących przez dyktatorów. Jak na ironie wodzowie, w rodzaju Stalina, czy Hitlera, którzy pogardzali ludźmi, posługując się nimi instrumentalnie dla własnych celów, zarazem pragnęli ze strony tych ludzi uwielbienia, prawdziwej miłości. I – o zgrozo! – potrafili sprawić, że ludzie ich kochali. Podczas przemowy Hitlera kobiety mdlały, a ludzie autentycznie skandowali na jego cześć, mimo, że dziś można odnieść wrażenie, że to tylko stek sloganów i merytoryczny bełkot. Zaś zebrani na pogrzebie Józefa Wissarionowicza obywatela Kraju Rad płakali jak po stracie ojca (ludzie widzieli w nim obrońcę Mateczki Rosji i budowniczego dobrobytu państwa, a nie twórcę kolektywizacji i osoby odpowiedzialnej za śmierć głodową milionów i równie wielką liczbę ofiar samego reżimu). Obok tej niewątpliwej charyzmy wodzów, równie ważna była propaganda, dzierżąca całkowitą władzę nad mediami, i przekazująca jeden słuszny obraz świata. To ona działała jak tuba poglądów władcy, partii i państwa, które były ze są jednomyślne. W służbie państwu i wodzowi stanęła również sztuka: odwołująca się do wielkiej przeszłości, monumentalna, panegiryczna (a może należałoby powiedzieć hagiograficzna) wobec przywódców.
            Także sztuka, która demaskuje totalitaryzm nie zapomina o roli uczuć. Ograniczę się tylko to wspomnianych w poprzednim wpisie dzieł: w filmie F. Truffaut’a Farenheit 451, gdzie – podobnie jak w Equilibrium – niszczy się dzieła sztuki, a właściwie książki, o ile dobrze pamiętam, ma to służyć odebraniu ludziom zdolności do samodzielnego myślenia. Jako alternatywę do tej formy sztuki, promuje się telewizję, gdzie może przeżywać emocje bohaterów i dając ludziom pozory decydowania o przebiegu filmu (nawiasem mówiąc przypomina to trochę w swej idei współczesne głosowanie poprzez smsy: widz też ma wpływ na to, co się dzieje na ekranie i dość chętnie z tego korzysta, w przeciwieństwie np. do swych praw wyborczych). Inaczej sprawa wygląda w Orwellowskim 1984 roku. Pierwsza myśl jest taka, że przecież w tym świecie miłość jest zakazana. Ale to dotyczy tylko Partii: Wewnętrznej i Zewnętrznej. Do tej ostatniej należał bohater powieści Winston Smith. Natomiast najliczniejsza grupa, czyli proletariat zwany „prolem” nie ma takich ograniczeń. Wszystko jednak ma swoją cenę: członkowie Partii Zewnętrznej tacy jak bohater pracują w różnego rodzaju instytucjach, ministerstwach i mają wgląd do prawdziwego oblicza państwa, lecz system jest właśnie tak skonstruowany, aby tego nie dostrzegali. Aby wierzyli i kochali Partię oraz Wielkiego Brata. Prole mogą czytać durne powieści i romanse, ciesząc się drobnymi radościami życia, gdyż oni i tak nie znają prawdy, a raczej znają tylko jedną „właściwą” prawdę. Są po prostu mrówkami-robotnicami w tym kopcu, a uczucia są drobną rekompensatą za brak możliwości podejmowania decyzji, za zmniejszanie racji żywnościowych z powodu permanentnej wojny, za bycie mrówką... O tym zresztą, że partię trzeba kochać przekonał się sam Winston „po kuracji” w Ministerstwie Miłości. Co by nie mówić techniki prania mózgu były zawsze chętnie wykorzystywane przez władzę, a już szczególnie totalitarną.

             Ech, rozpisałem się nad tym, co miało być tylko wstępem, więc meritum stanie się ledwie akapitem końcowym. Czy walka z Librią, a właściwie z jej ustrojem była dobra? Film kończy się optymistycznie: obaleniem reżimu i wolnością. Co to oznacza? Między innym powrót emocji, co wcale nie rysuje się w tak różowych barwach, jakby się mogło wydawać. Główny bohater, był mnich i podpora reżimu, uczony był kontrolowania siebie i innych, a jednak odniosłem wrażenie, że w swym akcie zabicia wicekanclerza Dupont’a, doświadczył „słodkiego smaku zemsty”. A miał powody do niej… Cóż zaś powiedzieć o tych ludziach, którzy nie byli uczeni kontrolowania siebie i którzy nagle dostąpili – na skutek braku prosium – potężnej dawki uczuć. Czy będą umieli się nimi od razu kierować? Skoro my sami – żyjący w świecie uczuć – uczymy się od najmłodszych lat, poprzez procesy akulturacji i wychowania, kontrolować siebie, nie ulegać emocjom negatywnym, nie kierować się tylko tym, czego się chce. A myślę, że każdy kto miał kontakt z małym dzieckiem, wiem, że jest taki moment, że dominuje u tego małego człowieka: „ja chcę”. A ci „nowoprzebudzeni” dla uczuć, nie mieli czasu, aby nauczyć się nimi posługiwać w zgodzie z sobą i drugim człowiekiem. Nie chcę przez to powiedzieć, że obalenie tego filmowego totalitaryzmu jest złe (choć na pewno stwarza zagrożenie, przed którym miało ocalić), ale raczej zwrócić uwagę na pewien mechanizm. I tu znowu posłużę się cytatem, tym razem z Kapuścińskiego: Warunkiem istnienia dyktatury jest ciemnota tłumu, dlatego dyktatorzy bardzo o nią dbają, zawsze ją kultywują. I trzeba całych pokoleń, aby to zmienić, aby wnieść światło. Nim to nastąpi, często ci, co obalili dyktatora, mimowolnie i wbrew sobie działają jako jego spadkobiercy, kontynuując swoją postawą i sposobem myślenia epokę, którą sami zniszczyli. Jest to tak mimowolne i podświadome, że jeśli im to wytknąć, zapałają najświętszym oburzeniem. Otóż to, podobnie jak to się działo w Iranie, który opisywał Ryszard Kapuściński i w innych państwach trzeciego świata, gdzie jeden reżim wypiera inny, nie mogąc wyjść z błędnego koła zniewolenia, tak zapewne działoby się w Librii. To bowiem, czego nie ma w ustrojach autorytarnych, dyktatorskich, to możliwości nauczenia się rządzić samemu, samodzielnego podejmowania decyzji, kierowania się racjonalnymi argumentami i zrównoważonymi emocjami. A skoro tego nie ma, to ludzie są skazani na uczeni się na swoich błędach, nie wiedząc często, jak postępować, jak żyć, aż nie pojawiają się tacy, którzy wiedzą lepiej, jakie decyzje są słuszne, a kto jest wrogiem: przeciwnicy tej rewolucji. (Również tu nad Wisłą są tacy, którzy wiedzą lepiej…). I zamiast nauczyć ludzi jak sobie radzić samodzielnie, sami chcą przejąć stery – decydować.
            Dyktatura nie będzie nikogo uczyć, aby nie pozbywać się monopolu, więc zostaje rewolucja jako droga zmiany. Tyle, że nowi władcy sami się muszą jej nauczyć…a lekcja ta będzie bardzo kosztowna… i albo w bólach rodzenia opanują tę wiedzę i samodzielność, albo czeka ich błędne koło.  

(a ja już na tyle jestem zmęczony i senny, że muszę poddać się temu uczuciu dla własnego dobra ;).             

poniedziałek, 17 marca 2008, kagetora
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki: