|
Blog > Komentarze do wpisu
Jazzowe szaleństwo
Poznań. Ciepły, wiosenny wieczór, w którym kryje się przedsmak lata. Gdzieś w sercu kryje się przedsmak koncertu, który za chwile ma nastąpić. Przedsmak, który jest echem finałowego koncertu Tzadik Poznań Festiwal. Na Masztalarskiej przed Sceną na piętrze ludzie oczekują siebie nawzajem i występu Koby Israelite Band. Dzwonek jak w teatrze na koniec antraktu. Rozmowy milkną, a zebrani udają się na spotkanie muzyki. Jazzu. Tak było w sobotę. Dziś jest masa wrażeń, kilka filmików na youtube i brak słów. Słucham właśnie - gdziekolwiek znajdę - kawałków tej formacji i próbuję przywołać klimat wczorajszego wieczoru. Coś nieuchwytnego… Gdybym miał oddać tamten wieczór, musiałbym powiedzieć tylko: „trzeba tam było być”. Musiałbym zrezygnować z słuchania tego, co jest na youtube, bo to ledwie namiastka. A jednak cieszę się, że taka strona jest. I że są ludzie, którzy uwieczniają na niej fragmenty muzycznych spotkań. Kawałki życia, fragmenty czasu, okruchy wrażeń, odpryski... a najważniejsze, że w tym wszystkim – choćby w małej cząstce – można odnaleźć odblask własnego spotkania. Kameralna sala. Duża scena (na tle całej sali). Statyw, fortepian, perkusja, gitary. Masa kabli. A za tym na białej płachcie (ekranu?) wielka twarz. Twarz, której nos to sylwetka człowieka z wzniesionymi rękami. Jedna twarz, składająca się z wielu w sumie niezależnych kawałków. Kompozycja, trochę przypominająca muzykę tamtego wieczoru. A może w tej muzyce było na odwrót? Najpierw zapowiada występ Kobiego i jego zespołu jakiś konferansjer. Pewnie dla miłośników jazzu w moim mieście ktoś znany. Dla mnie nie. Ale przecież ja nie słucham jazzu. Słucham Koby Israelite Band. Koby i jego akordeon. Yaron na gitarze basowej. Tim na perkusji oraz John nad klawiszami. Znam ich od ostatniego lata. Jest jeszcze Jez na gitarze (w sierpniu na tym instrumencie grał ktoś inny). Oczywiście Koby wspomniał tamten występ sprzed roku. Bardzo mu się podobało. Mnie też. I myślę, że nie tylko, gdyż gdzieś za mną (może dwa rzędy dalej?) siedzi prawdziwa grupa fanów, którzy głośno wyrażają swój zachwyt. Trochę żałuję, że nie siedzą z przodu. Może poderwaliby siebie i pozostałych do tańca. Choć to bowiem jazz, to przy tej muzyce nogi same rwą się do skakania, pląsania, czy choćby podrygiwania. Jazz. Jazz jazz. Melodie, które znam (może zapamiętałem z festiwalu?), a może jest w nich coś ze starych znanych szlagierów, które inspirowały. Melodie radosne i melodramatyczne, tradycyjne i nowoczesne. Melodie i serie dźwięków, które włamują się w uszy, jak złodziej i zarazem wyłamują się z rytmu. Coś kakofonicznego, ale też porywającego. Zaburzenie rytmu, które porywa jak fala. I jak fala przenosi nagle w inne miejsce (muzyczne). I cisza. Cisza, która za chwile zmienia się w nowy deszcz dźwięków. W tym zestawieniu sama staje się jednym z nich. Jazz. Dużo w tym jamowania, czy jak to się nazywa w tym żargonie. Dużo więcej niż podczas Tzadik, wszak wcale mnie to nie odstrasza. Rzekłbym, że porywa na równi z.. rytmem, melodią. Porywa całość. Porywa energia, która bije od muzyków, która bije z ich instrumentów falami wibracji. Tego wszystkiego, co zmienia się we mnie w dźwięki i rodzi odczucia. Porywa muzyka. Właściwie jedyne, co trwa we mnie to odczucia. Nie jestem w stanie pisać o utworach, gdyż tylko dwa razy je słyszałem (inne dopiero pierwszy). Nie znam się na takiej muzyce, aby profesjonalnie ją ocenić. Znam tylko siebie i moje wrażenia. No i może wrażenia innych, które w podobnie entuzjastyczny sposób jak ja, były wyrażane. Przez niektórych nawet bardziej. Bardziej jednak od tego, jak reagują inni pochłonięty byłem muzyką. Chłonąłem energię. Pozytywną energię strun, bębnów, klawiszy. Energię Kobiego, który niczym dyrygent przewodził całemu szoł. Energię potężnego, łysego Yarona, który posturą przypomina ochroniarza, a jest w nim wielka życzliwość (takie przynajmniej wrażenie sprawia); który sprawia wrażenie ociężałego, a wprowadza niemało życia w całe to szaleństwo. Energię Tima, która rozsadza kotły. Do tego jeszcze elektryzujące solówki Jeza i tańczące po fortepianie czarodziejskie palce Turville’a. Dźwięki… Dźwięki samodzielne i całe gammy dźwięków. Melodie, niezależne i współgrające ze sobą. Melodie i serie akordów. A pomiędzy utworami krótkie wprowadzenia. Pełne humoru przedstawienie członków zespołu, kiedy to prezentując perkusistę Koby mówi: Grzegorz Brzęczyszczykiwiecz. I to całkiem nieźle, jak na obcokrajowca. Albo też kiedy wskazując na Yarona, dodaje, że po polsku to Jozin z Bazin. Znowu też nawiązuje do Tzadik Festiwal, gdzie dedukował piosenkę polskiej dziewczynie, co też czyni ponownie w sobotni, majowy wieczór. Szybkie dynamiczne kawałki. Niemal rockowe w swej sile. Tak mocne, że Baron zerwał strunę. W pierwszej chwili myślałem, że coś mu się zaplątało, kiedy wyrywał ją z gitary. Dopiero kiedy Koby o tym wspomniał, zobaczyłem, że to struną. Zjawił się nawet chłopak z tylniego rzędu, który wziął ją na pamiątkę. Zabawna scena. I były też utwory jakby spokojniejsze. Na odetchnięcie. Dla samych muzyków, jak i słuchaczy. Były utwory, kiedy Baron zamieniał gitarę na kontrabas. Raz w tradycyjnym, spokojnym utworze, drugi raz w jego przeciwieństwie, kiedy zmienił się w demona. A w każdym razie, jakby go opanował sam porywczy duch muzyki. Ale nie tylko bas miał swoje pięć minut. Każdy dał się opętać indywidualnie i czarował. Czarował na instrumencie i czarował słuchaczy. Kusili. Ich muzyka kusiła, roztaczała niezwykłe krainy, porywała, podrywała, uwodziła. Prawdziwe szaleństwo. Szalona prawda o sile muzyki. Opętańczy taniec dźwięków. Indywidualne wycieczki we wspólnej podróży. Wszystko to Koby Israelite Band. Jazz. Wszystko to zbyt szybko dobiegło końca. Nawet dwa bisy (na każdy jedna piosenka) zbyt krótkie. A może nie, bo przecież przechodząc z ciemności sali w ciemność nocy, mogłem stwierdzić, że koncert trwał ponad półtorej godziny. Czarodziejski czas. Co to znaczy? Nie wiem. Ale wciąż nie mogę ochłonąć. Kiedy brak słów, czy dźwięki i obrazy zarejestrowane przez widza dokonają więcej? poniedziałek, 12 maja 2008, kagetora
TrackBack
|