Blogowisko.org
Blog > Komentarze do wpisu
W stronę gór. cz.3
 

            …czyli ostatnia próba zdobycia Tatr. Nieco górnolotnie biorąc pod uwagę, że wybraliśmy się tam kolejką linową z Kuźnic. Był to chyba wyraz naszej kapitulacji wobec Matki Natury, tym bardziej, że nadszedł już piątek (dziewiętnasty września), przedostatni dzień pobytu na Podhalu, a nic nie wskazywało na poprawę pogody. Lecz nawet to pozornie łatwe zadanie wiązało się z masą nieprzewidzianych utrudnień.

            Do Zakopanego jak zwykle zajechaliśmy samochodem. Lecz na Piłsudskiego, gdzie parkowaliśmy poprzednio, doszło do niemiłego zajścia. Otóż okazało się, że miejsce to stanowi płatny parking, a pilnujący go stróż na dzień dobry zażądał zapłaty za wcześniejszy pobyt (całe 5 zł!) strasząc nas sądem grodzkim i policją, jakby chodziło o wartość co najmniej dziesięć razy większą. Dla świętego spokoju zapłaciliśmy, lecz z miejsca już więcej nie mieliśmy zamiaru korzystać. Ten drobny incydent stał się – niczym okaleczenie cyklopa Polifema – początkiem naszej Odysei po narciarskiej stolicy Polski. Wszystko jednak za sprawą kolarstwa, a dokładniej szóstego etapu Tour de Pologne, dla którego metę wyznaczono w tym turystycznym centrum  Podhala. Krążyliśmy więc po Zakopanem – od Krupówek do Kuźnic i z powrotem, szukając wolnego miejsca parkingowego między zamykanymi dla ruchu uliczkami, barierkami i wszechobecną policją. Przyznam, że zdarzało nam się wjechać, gdzie wjechać nie było wolno. Wreszcie znaleźliśmy przystań przy dworcu PKP, zapłaciliśmy za pięć godzin z góry i busem udaliśmy się do Kuźnic.

            W kolejce po bilety PKL, która kończyła się na schodach staliśmy około czterdziestu minut, czyli krócej niż kluczyliśmy po drogach Zakopanego, by wreszcie znaleźć się we właściwiej kolejce – na Kasprowy Wierch. Opancerzeni w czapki i rękawiczki, które w środę zakupiliśmy na Krupówkach wreszcie mogliśmy zostać wniebowzięci. Choć niebo nie było łaskawe. Kolejka wspinała się w górę, a stamtąd padał obfity deszcz. Deszcz, który po pewnym czasie zmienił się w deszcz ze śniegiem, a w końcu w sam śnieg. Świerki zrobiły się białe, a schronisko na Kalatówkach, które było słabo widoczne we mgle, wyglądało jak posypane cukrem pudrem.

Stacja przesiadkowa na Myślenickich Turniach stała pokryta śniegiem. Przechodząc z jednego wagoniku do drugiego powiało chłodem (zakupienie czapek i rękawiczek okazało się strzałem w dziesiątkę). I ruszyliśmy w biel chmur, która skryła w sobie biel ośnieżonych drzew i stoków. Zaś jak na ironię w głośnikach radia zamontowanego w wagoniku rozległo się: „Dzień gorącego lata”. Rzeczywiście to jeszcze lato…

Łatwo wszak o tym zapomnieć, kiedy Kasprowy Wierch pokryty był kilkudziesięciocentymetrową warstwą śniegu, a z nieba wciąż go przybywało. Powiedzmy szczerze, to była prawdziwa śnieżyca. Schody prowadzące od stacji PKL do stacji meteorologicznej tonęły w białym puchu. Samo stanięcie na tych schodach stanowiło już problem. Jakub wycofał się do środka, szczególnie, że przy tej pogodzie i temperaturze aparat fotograficzny odmówił mu posłuszeństwa. Ale Sowa ruszyła w górę, czym sprowokowała mnie do tej niełatwej (w zaistniałych warunkach) wspinaczki. Podejrzewam, że kiedy nie patrzyłem, pomagała sobie podlatując wyżej, zaś ja – jak to kot – wchodziłem na górę na czterech łapach. Przy obserwatorium meteorologicznym spotkaliśmy twardziela, który w takiej niesprzyjającej aurze pokonał trasę na własnych nogach (co zajęło mu około trzech godzin, ale jego towarzysze wciąż jeszcze nie dotarli).

Później Sowa zaproponowała, aby pójść do miejsca, gdzie szlak schodzi na Murowaniec, lecz grzęźliśmy w zaspach, a ponadto nie było widać oznakowań, więc powróciliśmy do chroniącej od wiatru, śniegu i chłodu mury stacji PKL. Tam posililiśmy się przygotowanymi przez siebie kanapkami i popiliśmy gorącą herbatą z termosu. Przyjemne ciepło rozlało się po całym ciele, powróciła energia i uśmiech, a świadomość, że jeszcze latem mogliśmy obcować z zimowym puchem, sprawiła, że zupełnie inaczej – pogodniej – można było spojrzeć na ten dzień i wakacyjny wyjazd. Następnie zaś wsiedliśmy do wagoniku, powracając do poziomu codziennych spraw.

A w ramach tych ziemskich spraw odwiedziliśmy stoiska pod Gubałówką, aby nakupować bliskim prezentów – tradycyjnych góralskich souvenirów. Wszystko to w strugach deszczu, który nie opuszczał nas również podczas oczekiwania na przyjazd peletonu. Ustawiliśmy się w dogodnym miejscu, niedaleko zakrętu na ulicy równoległej do Krupówek. Stanęliśmy za barierkami z reklamą głównego sponsora  i trwaliśmy w oczekiwaniu na kolarzy – rzekłbym, jak słupy soli, ale gdyby tak było z pewnością woda lejąca się z nieba rozpuściłaby nas zupełnie. Jakub stwierdził, że oczekiwanie jest największą atrakcją przy oglądaniu tego typu zawodów – cóż, w takich warunkach atmosferycznych była to wątpliwa atrakcja. A jednak pojawienie się zabłąkanych turystów, którzy chcieli przejść przez barierki, bo oni „tu obok mają kwaterkę”, samochodów sponsorów, motocykli góralki w stroju ludowym potrafiło nas pobudzić. Wreszcie pojawiły się gwiazdy zawodów: najpierw pojedynczy kolarz, potem dwóch kolejnych i jeszcze następnych, wszystko wszak działo się na tyle szybko, że trudno to było złapać w kadrze. O wiele łatwiej było złapać katar czy przeziębienie. Nie czekając więc, aż cały peleton (nawiasem mówiąc porozbijany na wiele mniejszych grup) nas minie, udaliśmy się na ciepły posiłek. Znowu na Krupówki, choć do innego lokalu. W końcu poznawanie różnych smaków to też atrakcja, lecz o tym innym razem.

           

niedziela, 12 października 2008, kagetora
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki: