Blogowisko.org
Blog > Komentarze do wpisu
Muzyczna pielgrzymka
 

Witamy gitarzystów we Wrocławiu! – rozległo się z megafonów dworca Głównego, gdy wysiadaliśmy tak około12:30. A zanim opuściliśmy gmach jeszcze dwa razy usłyszeliśmy informacje o byciu rekordu Guinnessa w tym nadodrzańskim mieście i koncercie legendarnej formacji rockowej Deep Purple. Ludzie z wiosłami znaczyli szlak na rynek. Wspaniała rzecz. Niepowtarzalny klimat – mówili dwaj trzydziestolatkowie z cyfrowymi lustrzankami, których pytaliśmy o rozpoczęcie bicia rekordu. Dopiero na rynku dowiedzieliśmy się, że w samo południe zaczęły się zapisy, zaś granie Hey Joe przewidziane jest na piętnastą. Ale jak zawsze zacznie się z poślizgiem – podsumował długowłosy gitarzysta oparty o budynek urzędu miejskiego. Zresztą długowłosi królowali w tym tłumie wędrujących tam i z powrotem amatorów muzyki. Dominowali w kolejkach, zliczających rekordowe tłumy. Ale nie znaczy to, że tylko rockowa młodzież przybyli na to święto. Sunęli po placu podstarzali faceci z pokaźnymi brzuszkami, gitarzyści rodem z bandu Stanisława Grzesiuka (gdzieś w tym tłumie przewinął się akordeonista). Twardo trzymały pudło z gryfem dzieci, które może nawet jeszcze nie nauczyły się jeździć na dwukołowym rowerku. Wśród kolejek i gwaru rozmów, brzękania strun, mignęła osoba z bałałajką lub mandoliną. Nad rozpromienionym słońcem rynkiem, między zabytkowymi kamienicami, wśród zgiełku przypadkowych ludzi, turystów i pielgrzymów muzyki królował Sebastian Riedel z grupą Cree, którzy wprowadzali w atmosferę rockowego odpustu.

            Wszak my nie pozostaliśmy pośród wyznawców rocka, przyozdobionych emblematami swych idoli: dominowały znaki gwiazdy wieczoru, okładki z płyt Machine Head, Fireball, ale też te ostatnie krążki, a obok nich Led Zeppelin, Pink Floryd, Black Sabbath, Perl Jam, nawet Tool. Nie zabrakło oczywiście koszulek z Przystanku Woodstock oraz z samego święta Thanks Jimi Festival. Ruszyliśmy na tramwaj w kierunku Zoo, gdyż naszym podstawowym celem miała być wiosna w ogrodzie japońskim. Czy może być bowiem coś piękniejszego dla miłośnika bushido niż ukwiecone drzewa, spadające kwiaty sakury? Nie tylko my uciekliśmy od wrzawy, część z gitarowych wędrowców, również rzuciło się na obchód miasta. Część zaś rozłożyła się w bocznych uliczkach szlifując akordy i riffy. A niektórzy przy tej okazji zbierali pieniądze na drogę powrotną.

Podróż tramwajem zakończyła się przy Hali Stulecia, skąd spacerkiem przez park dotarliśmy do ogrodu. A dokładniej pod jego bramę, którą blokowała potężna kolejka… Cóż, właściwie powinniśmy być świadomi, że w długi majowy weekend tak to będzie wyglądać. Gdzieś z boku Hali, w cieniu zielonych liści rozsiedliśmy się na ławeczce, delektując się wodą mineralną i owocami. Okazało się, że i w ten zaułek zieloności trafili wielbiciele rocka. Niczym średniowieczne miasto Wrocław zapełnił się tymi pielgrzymami, których połączyły gitarowe nabożeństwa i koncertowe misterium z Deep Purple.

Na rynku ponownie stanęliśmy po piętnastej. Ludzie krążyli w jedną i drugą stronę, wszystko to bardziej przypominało mrowisko, w które włożono kij, niż dobrze zorganizowaną akcję. Wydawało się, że bicie rekordu dobiegło końca, a teraz ludzie zgubili cel. Ale po chwili przyszło uspokojenie z głośników; proszono, aby ścieśnić się na wydzielonej części rynku, aby inni gitarzyści mogli połączyć się w modlitewnych rockowych akordach. Ten placyk wydzielono dla akolici z akustycznymi pudłami. Prawe skrzydło – na podwyższeniu – patrząc od strony widowni, zajęli pielgrzymi z elektrykami. Oczywiście, komu nie uda się dostać do kręgu wybranych też ma grać, gdziekolwiek stanie lub znajdzie miejsce na swój piecyk elektryczny. Rynek ma wypełnić się muzyką! – nawoływali kapłani rocka. Wymieniano nazwiska gitarowych celebransów: obok syna Ryśka Riedla, którzy już wcześniej grał, mówiono o Krzysztofie Misiaku, Ryszarda Sygitowicza. W końcu wraz z całym tłumem wywołano Skibby’ego. A choć ten ostatni nie grał na wiośle, świetnie wyśpiewywał utwór Little Wing Henrixa. Niemal tak, jakby to zrobił sam święty wirtuoz gitary, pod którego wezwaniem zebrano się na rynku.

Wreszcie krzykami wywołano, a może tylko zapowiedziano pojawienie się Steve’a Morse’a, który od 1994 roku jest oficjalnym gitarzystą „purpurowych”. Na powitanie niczym proporce zatańczyły uniesione w górę wiosła. I już po chwili rozległy się charakterystyczne riffy Smoke on the Water. Do nabożnych dźwięków dołączył się cały chór gryfów. Co nie znaczy, że wszyscy pielgrzymi włączyli się do modlitwy. Znaczna część chciała zachować tę chwilę i nad głowami zaroiło się od aparatów cyfrowych, które nagrywały i pstrykały święte obrazki. Jeszcze nie przebrzmiały nad rynkiem dźwięki ponadczasowego hymnu, a gitary znowu zatańczyły w powietrzu. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie pielgrzymów ze Stevem… I powrócił Skibby, przypominano chwyty do Hey Joe i jakoś niezauważalnie zaczęło się to, na co wszyscy pątnicy rocka czekali. Tym razem nawet ci, którzy raczej fotografowali niż grali uchwycili święte instrumenty. Gryfy zaśpiewały nabożnie ||:CG|DA|E|E:||. Na telebimach pojawiały się twarze i całe sylwetki pogrążonych w transie gitarowych akolitów. Wśród tych pielgrzymów mała dziewczynka, która też wpadła w ten muzyczny potok. Celebransi kierowali modlitwą i jej formą zostawiając wybrany czas dla akustycznych, a potem dla elektrycznych gitar… aż nie rozpłynęły się nad Wrocławiem ostatnie dźwięki.

Mamy nowy rekord! – zakończył Mistrz Ceremonii. I podał go od końca: 6, 1, 2 i …gdzieś obok ktoś rzucił 3 tysiące… 6! Grało nas 6216 osób, a liczba uczestników wciąż jest nie zamknięta. Ja pierdolę! – wyrwało się z kilku gardeł pątników. Inni rzucili, że Niemcy nam nie podskoczą. Ludzie w równym stopniu czekali na granie, co na ten wynik. Kapłan dodał jeszcze, że to muzykalne dziecko to nie dziewczyna, a Oskar z Krakowa. A choć samo misterium bicia rekordu wykonało się, ludzie nie spieszyli się z odejściem. Wild Thing zamknęło to święto na rynku. Na wybranych czekał koncert Deep Purple o 19 na Polach Marsowych. Co więcej, ci, którzy brali udział w biciu rekordu mogli dostać się na występ gwiazdy za 40 złotych (bilety kosztowały w przedsprzedaży 100, a od 16. marca 120zł).

Dla niektórych prawdziwe święto muzyczne dopiero miało się zacząć wieczorem. Co bowiem ich tu gnało? Bicie rekordu? Tańsze bilety? Braterstwo gitary? Zabawa?

           A już w nocnym pociągu do domu, spotkaliśmy pielgrzymów z Pól Marsowych. Młody chłopak, może student, z jasnymi piórami do pasa, które przytrzymywała opaska zrobiona z czerownej chusty, jaką nosił Axl Rose, dzielił się wrażeniami z koncertu. Między jednym machem papierosa a drugim wyrzucał z siebie krótkie zdania: jako suport grał Sebastian Riedel z grupą oraz Leszek Cichoński, gwiazdy pojawiły się po godzinie i dawali czadu do 22. Grali starocie i nowości; nie mogło zabraknąć Smoke on the Water i Perfect Strangers. Cieszył się też z tego, że dzięki biciu rekordu mógł wejść na „purpurowych” za 40 złotych. Myślami wybiegał już w przyszłość: w tym roku w Poznaniu ma być Nine Inch Nails, a w Berlinie reaktywowany Faith No More.          Oto droga wiernych wyznawców rocka...

sobota, 02 maja 2009, kagetora
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
2009/05/02 16:52:31
W miejscu oddalonym od Wrocławia o kilkaset kilometrów, grupa młodych gitarzytów z zespołu ktorego nazwy już nie pomnę, łączyła się z uczestnikami bicia rekordu grając i śpiewając (jak tylko umieli) jeden z utworów Deep Purple. Może nic w tym nadzwyczajnego, ale faktem jest - gdy łączy pewna idea i fascynacja ( w tym przypadku muzyką), to odległości są jak mrugnięcie powieką, zawsze do pokonania, w sobie wybrany sposób.
Pozdrowienia ślę, serdeczne.
E.
-
2009/05/06 18:50:45
Dziękuję za ten komentarz Ejsi:) Zdarzenie które przytaczasz, pokazuje, że taka akcja to nie tylko komercyjna zabawa, ale też wspólna muzyczna pasja:).
Przepraszam, że tak późno odpowiadam i również ślę gorące pozdrowienia:).