Blogowisko.org
Blog > Komentarze do wpisu
Porcja Kokii

Czerwiec nie rozpieszcza swą aurą Poznania. Mimo to w środę siedemnastego jasne słońce uśmiechało się nad popołudniowym niebem. Około 19:30 zaczęli zbierać się młodzi ludzie na ulicy Kościuszki, przy wschodniej ścianie Zamku. Powoli, acz systematycznie przybywało osób w kolejce do ukrytych z boku, ciężkich, oklejonych plakatami drzwi. Większość wyglądała na studencką brać, ale były też osoby nieco starsze. Wśród oczekującego tłumu kilka osób pochodziła z krajów azjatyckich. Domyślać się mogłem tylko, że ich ojczyzną jest Japonia. Patrząc jednak na większość zebranych nie poznałbym, że są fanami dalekowschodniej kultury. Może z wyjątkiem dziewczyny o ostrym kolorowym makijażu, której torbę zdobiły naszywki z anime. Jak podsłuchałem przybywała tu wprost z pobliskiego (dosłownie po skosie) Collegium Historicum. Miała naprawdę blisko, choć jak wyczytałem w necie, wiele osób na jedyny w Polsce występ artystki musiało przebyć daleką drogę, niektórzy aż z Rzeszowa.
Chyba przed 20 zaczęto wpuszczać do wnętrza Blue Note. Jedyni wkraczali w podziemia klubu, inni powiększali ogon kolejki. Zator przy szatni tamował ruch, lecz kiedy już go pokonaliśmy przed nimi czekała długa sala pełna stolików. W większości niestety zarezerwowanych. Przyszło zatem trochę powędrować, zanim znalazło się wolne miejsce, do którego nikt nie rościł sobie praw. Obawa, że za chwilę będzie trzeba jednak opuścić zdobyczne krzesła nie mijała, a to dlatego, że ludzi wciąż przybywało. Wskazówka już dawno minęła dwudziesta, czyli czas rozpoczęcia występu, a gwiazdy wciąż nie ujrzały oczy oczekujących. Na scenie tylko mikrofon oraz pianino. I jeszcze Japonka, która krzątała się wokół.
Dopiero o 20:20 pojawiła się rodzima konferansjerka, wysoka blondynka w czarującej wieczorowej sukni i powiedziała mniej więcej coś takiego: Blue Note gościł u siebie wiele wspaniałych gwiazd z najróżniejszych zakątków świata. Dziś wieczór mamy przyjemność oglądać tutaj koncert jeden z nich. Spośród wielu miejsc wybrała w naszym kraju na jedyny swój występ właśnie nasz klub. Dzięki tej artystce zapewne poczujemy zapach kwitnącej wiśni. Przed państwem Kokia.  Mówiła wolno, jakby podkreślając wagę słów. Biorąc jednak pod uwagę, jak niewiele powiedziała o samej piosenkarce, mogło to znaczyć też tremę związaną z nieprzygotowaniem. Wystarczyło zajrzeć do wikipedii, czy po prostu do sieci, aby tym mniej zorientowanym – jak ja – powiedzieć, że ta niemal 33 letnia wokalistka (ur. 22. lipca 1976r) już od dziecka rozwijała swój talent ucząc się gry na fortepianie oraz skrzypcach. Uczęszczała do prestiżowej szkoły muzycznej Toho Gakuen School of Music oraz studiowała śpiew operowy i muzykę klasyczną. Pierwszy singiel nagrała w 1998 roku i w tym samym roku zaśpiewała do utworu Ai no rinkaku, znakomitego kompozytora Kanno Yoko (z anime Brain Power’d), który przyniósł jej sławę. Aktualna jej trasa koncertowała obok Poznania przewiduje Paryż, Brukselę oraz Kolonię. Ostatnią jej płytą jest wydana w tym roku Infinity, z której piosenki zapewne dziś zaprezentuje…
I stało się. Przy oklaskach widowni pojawił się najpierw gitarzysta z fryzurą jak Mireille Mathieu oraz gwiazda. Kokia. Brązowowłosa kobieta o twarzy niewinnego dziewczęcia. W czarnej spódnicy z falbanami oraz w jasnej, luźnej bluzce zszytej z setek małych kropli, które przypominały łzy, albo łuski delikatnej zbroi. Powiedziała: Dobry wieczór, jestem Kokia, a już za chwilę rozległy się pierwsze akordy gitary, do których dołączył śpiew. To co urzeka w jej wykonaniu to nie tylko głos, który jest delikatny, a zarazem pełen energii, to śpiewnie całym sobą: wraz głosem unosiły się jej ręce i wraz z głosem opadały. Ten taniec uwieczniała jej rodaczka, która stała z boku sceny i wszystko filmowała kamerą.
Po wprowadzającym utworze przedstawiła swego akompaniatora. Dodała też, że to jej pierwszy pobyt w Polsce, a następnie nawiązała po angielsku dialog z publicznością. Zapytała, skąd ją znamy. Większość odpowiedzi padła na internet. Mówiła też o swojej najnowszej płycie i również pytała, czy ją znamy… z Internetu. Okazało się, że nie tylko i że wielu spośród zebranych to prawdziwi wielbiciele, którzy potrafili wymienić nawet tytuły piosenek z tej płyty.  I następny utwór, który zaprezentowała polskiej publiczności pochodził właśnie z krążka Infinity., choć niestety nie pamiętam tytułu. Właściwie przed pójściem na ten koncert słyszałem tę japońską artystkę tylko kilka razy na youtube i znałem jedynie Dandelion. Z każdym kolejnym utworem dawałem się wciągnąć w jej muzyczną opowieść. W jej pieśniach nie dostrzegałem odbicia moich wyobrażeń o ojczyźnie samurajów: żadnego echa fletu shakuhachi, japońskiej cytry koto albo choćby „gitary” samisen. Gitara towarzysząca śpiewowi tworzyła klimat jak z celtyckich baśni zespołu Clannad. Za to jej śpiew, zapewne ze względu na samą egzotykę języka i barwę głosy wprowadzał w trans i mogłem przy nim wędrować w krainę dawnych historii o niezwykłej miłości jak z Genji-monogatari (Opowieść o księciu Genji) lub znaleźć się w samym sercu wojny, odkrywając własne  przeznaczanie lub próbując odepchnąć to, co nieuchronne jak w Heike-monogatari (opowieść o wojnie Gempei). Do tych wrażeń słuchowych dochodził też taniec rąk, którymi Kokia kreśliła obrazy nie mniej tajemnicze, lecz równie pociągający. To sprawiało, że czułem się jak na recitalu piosenki aktorskiej. Czuło się też nić porozumienia między widzami a występującą gwiazdą. Tę więź podkreślały dialogi jakie prowadziła z fanami, pomiędzy utworami; kiedy speszona jak dziewczynka powiedziała: don’t look at me, lub kiedy mówiła do nas po japońsku, a dopiero później tłumaczyła to na angielski. Tak jak słowa jednego z hitów Remember the Kiss. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie, i jak zauważyłem na wielu innych, Chouwa oto. Co prawda ten jedyny utwór leciał z pół playbacku (fortepian oraz chórek), ale nie umniejsza to w niczym ekspresji artystki i piękna jej głosu. Wszyscy zostali oczarowani. Na pożegnanie Kokia zaśpiewała nastrojową balladę Arigatou, która stała się podziękowaniem i dla przybyłych na koncert.
Odpowiedzieliśmy owacjami na stojąca, które trwały kilka minut, aż artystka powróciła na scenę. Lecz oklaski trwały jeszcze do chwili powrotu gitarzysty. Przejęty tym muzyk omal nie przewrócił się wbiegając na podwyższenie. Ukłonili się uśmiechając się z wdziękiem właściwym dla Azjatów i w sali Blue Note rozległ się ponownie kryształowy glos wokalistki z Tokio. Po raz ostatni.
Wszystko to trwało tylko do dwudziestej drugiej. Dandelion nie zabrzmiał w Poznaniu. Lecz repertuar jaki zaserwowała nam Kokia przyniósł rozkoszne doznania. Rodząca się na ulicach miasta noc rozbrzmiewała wspomnieniem lirycznej muzyki.

 

Kokia - Infinity


wtorek, 23 czerwca 2009, kagetora
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki: