Blogowisko.org
Blog > Komentarze do wpisu
Teatralny Poznań

Trwa festiwal maltański. Teatry się zjechały i nawet trochę tego dzieje się na wolnym powietrzu, co przypomina czym festiwal był u zarania. Wtedy prawie wszystko zwrócone było  do ludzi, wychodziło im na przeciw i zapewne dla wielu stało się to okazją do jedynego obcowania z teatrem, nawet jeśli więcej w tym kuglarstwa niż sztuki. Później zrobiło się elitarnie, co raczej dobre jest dla snobów niż dla teatru. Po co mi bowiem przegląd zagranicznych teatrów, skoro nawet tych swoich nie oglądam, bo za drogie bilety, albo czasu brak? A w tym roku znowu jakby tego więcej na zewnątrz (albo ja mam takie wrażenie, bo bliżej nich jestem?). A tu - masz ci los! - deszcze i spektakle odwołują. Organizatorzy uznają, że nawet bogowie są przeciw egalitaryzmowi sztuki i wrócą do bezpiecznych, ale i zamkniętych przestrzeni sal.
W zasadzie trafiliśmy tylko na jeden spektakl. Teatru TUIG u wyloty ulicy Woźnej. Rusztowania drewniane a wewnątrz nich wielkie koło zamachowe i masa sznurków, deseczek. Widać było, że to coś na kształt kukiełkowego domu, a przynajmniej można się tego domyślić. Wśród tego wszystkiego wiszące 3 rulony płótna i jakiś pakunek na deskach. Ludzie wokół usadzeni okręgiem na prowizorycznych ławkach, ułożonych z desek. Kiedy zabrakło miejsca na deskach widzowie siadali na bruku. Ci, którzy nie znaleźli miejsca stali poza kręgiem. Robiono zdjęcia całej tej tajemniczej maszynerii, dyskutowano w oczekiwaniu na początek.

Zaczęło się wszystko zgodnie z planem o 21:30. Przestrzeń fizyczną rynku zapełniła sfera duchowa. Na tym publicznych terenie muzyka teatralnym dzwonkiem i wyznaczała początek. Wszyscy zamilkli i w skupieniu czekali na to, co przyjdzie. I przyszło, a właściwie przyszedł. Wysoki mężczyzna o krótkich rudych włosach z pięknymi zakolami. W okularach z rogową oprawą, jak u prawdziwego intelektualisty. W zabawnych sweterku bezrękawniku ceglastego koloru z trzema ciemnymi paskami. Wyglądał jakby się urwał z choinki. Chodził wokół tej konstrukcji z przejęciem, przestrachem, ale i wielką ciekawością. Znalazł wielki pakunek. Dopiero kiedy się nim zainteresował, kiedy zaczął go ściągać ze sceny-rusztowania dostrzegło się, że to "zapakowane" ciało ludzkie. Ciągnął je, by zostawić na ulicy Woźnej skąd przyszedł (i gdzie stała ciężarówka - własność teatru). Krążył i dotykał. Obserwował, aż wreszcie wspiął się po prymitywnej drabinie na górę. Pchnął koło. I jeszcze raz, i jeszcze... Mechanizm ruszył. Zajaśniały lampki. Zaczęło się. Rulony płótna zaczęły spadać, by odsłonić troje ludzi. W jasnych lnianych strojach wyglądali jak piekarze, albo istoty nie z tego świata. Jeden mężczyzna i dwie kobiety weszły po tej samej drabince, co poruszyciel koła. Teraz już oni przejęli władzę nad maszynerią. Kobieta i mężczyzna ciągnęli linę, która napędzała koło, zaś ostatnia osoba zaczęła zrzucać woreczki z piaskiem, jakie są przy balonach. Tyle, że żaden balon nie uniósł się w górę, jedynie kukiełkowe przybory zaczęły nabierać życia - stawać się tym, do czego je stworzono: krzesłem, stołem, regałem na książki, umywalką i wazonem, leżakiem i kominkiem, w którym zapłonął ogień. Poruszyciela ogarnęło szczęście, cieszył się z każdego nowego przedmiotu, który przed nim wyrastał. Mył ręce w umywalce, czytał książkę, siedząc na krześle. Radował się ogniem, popijając trunek z butelki (piwo?). W scenach tych czuło się szczęście bohatera, a zaraz znajdowało wesołość cyrkowych gagów. Muzyka stała się kusząca jak samo życie. Muzyka trzeba przyznać, że skomponowana została trafnie i stanowiła drogowskaz w odczytaniu przesłania. Zapowiadała też to, co miało nadejść. Zgrzyty, niepokój...
Trzy postacie na szczycie znieruchomiały. Konstrukcja domu straciła trwałość. Ogień, regał, stół, wszystko, co cieszyło człowieka, zaczęło się składać. Przerażony tym bohater próbował ratować swój dobytek. Wreszcie pobiegł na górę i ubłagał istoty, aby kręciły dalej. Sporo przy tym krzyczeli. Nie pamiętam już dokładnie co, ale miało to być po polsku, czego bardziej można się było domyślić, niż zrozumieć. Człowiek chciał, aby kręcili, istoty, krzyczały, aby zszedł. Wrócił na dół. Znowu ogień zapłonął, a wraz z nim światła wokół rusztowania. Przedmioty znowu stały się użyteczne. Radość wróciła, ale podszyta nerwowością. Oto bowiem wszystko zaczęło się unosić w górę - znów przestało spełniać swoje przeznaczenie. Biegając wokół bohater próbował powstrzymać to, co nieuchronne.  Chwytał sznurki i ciągnął w dół. Niektóre sznurki wręczał widzom, aby pomogli mu utrzymać jego świat. Nadaremnie. Włożył kij w koło, aby je zatrzymać, ale drąg się zapalił. Próbując uratować to życie zaplątał się w sznury i zawisł.
Trzy istoty, niczym Mojry skończyły prząść nić życia. Zeszły, składając cały dobytek, zdjęły ciało, aby w końcu owinąć je w białe płótno. W końcu same znikły w swych kokonach. Muzyka ucichła... pozostały światełka na rusztowaniu i oczekujący widzowie...
Powoli zbliżali się do konstrukcji. Dotykali przedmiotów. Dotykali ciała i rulonów. A mnie korciło to wielkie koło. Z lękiem, ale i ciekawością ruszyłem nim. Udało się. Zacząłem więc kręcić. Ale wtedy przyszła ochrona...
Wyszli też ludzie z kokonów i ukłonili się. Nagrodzono ich brawami - nie pierwszy raz tego wtorkowego wieczoru. Czy gdybym nie ruszył koła, ich bezruch trwałby dłużej? Czy to stanowiło część spektaklu, czas do namysłu?

Ale ja czułem potrzebę, aby poruszyć koło...

piątek, 26 czerwca 2009, kagetora
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
2009/06/26 15:48:17
korci koło...
ileż siły trzeba było, aby na nowo ruszyć znowu tym życiem?
P.S.
Ciekawe czy masz len, czy płótno u Ciebie zalega na wieży ... a po co? Będą wiedzieć jedynie Ci, którzy chociaż raz widzieli to przedstawienie.
-
2009/06/26 16:02:01
wbrew pozorom nie trzeba wielkiej siły do poruszenia koła... raczej wiele odwagi.
A płótno pewnie gdzieś jest i już czeka...