| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Blogowisko.org
niedziela, 20 września 2009
Inwentaryzacja

Wrześniowy weekend. Niedzielne wczesne popołudnie. Słońce, w którym odbija się odchodzące lato. Wracamy z kościoła do domu. Tramwaj zatrzymuje się przy Zamku. Nagle czarno-biały wielki plakat przykuwa uwagę. Nic nas nie gna, nic nie woła – zatem wysiadamy i już po chwili z nasłonecznionej przestrzeni miasta przenikamy w chłodne mury cesarskiej rezydencji, gdzie wyeksponowano fotografię Ireneusza Zjeżdżałki.

W Sali Marmurowej CK Zamek można do 23 września oglądać prace z cyklu: Mały atlas mojego miasta, Sedymentacja, Bez atelier. Portrety dzieci wrzesińskich, Inwentaryzacja, Marzenia o panoramie, Prawe i lewe, Strefa buforowa. Kilkadziesiąt zdjęć, której są zapisem przestrzeni rodzinnego miasta: utrwalają jego ulice, opuszczone budynki, małych mieszkańców i autora tych fotografii. Pomiędzy czernią i bielą oraz nieskończonością szarości zachowały się wypisane na twarzy emocje. Pomiędzy aktywnością życia, a rozpadem i ruiną, które są dopełnieniem opuszczonych zakładów zatrzymano w obiektywie złudzenie życia, jego cienie i … i co? Coś, czego nie  da się nazwać.

Nie wszystkie zdjęcia przykuwają uwagę, ale jest kilka, które każą się zatrzymać. Natomiast wszystkie ukazują ludzką potrzebę tworzenia. Zachowania tego, co odchodzi, ocalenia od zapomnienia…

            Dokumentalista ratuje swoje otoczenie… dziś to otoczenie przypomina o nim. Okazuje się, że ten niewiele starszy ode mnie fotograf i krytyk ponad rok temu (25.07.2008) odszedł z tego świata – nowotwór.

Ireneusz Zjeżdżałka

 

poniedziałek, 14 września 2009
Powrót do szkoły

Czy pamiętacie swoją pierwszą wyprawę do szkoły?
Szczerze mówiąc, ja nie bardzo. Jej obraz zatarły późniejsze doświadczenia; wrażenia z ostatnich klas szkoły średniej przyćmiły pamięć edukacyjnej inicjacji. W głowie pozostały wizje radosnego spotkania z kolegami, ulubionymi przedmiotami, ale i strach przed koszmarem nudnych zajęć oraz ambicje o wyrwaniu się z tego bagienka na studia, które byłyby spełnieniem marzeń (nie mówiąc już o wakacjach trwających trzy miesiące, bo przecież dwa to zdecydowanie za mało).
Jak zatem wyglądała ta pierwsza wyprawa do świątyni nauczania?
Z pomocą przychodzą kolejne pokolenia. Patrząc i słuchając pierwszoklasistów dostrzega się radość, ekscytację, ciekawość: dla nich to wejście w nowy świat, o którym bez ironii można powiedzieć, że jest wspaniały. Oto ci mali ludzie stają się kimś więcej niż tylko dziećmi, stają się uczniami – zbliżają się do dorosłości, która jest dla nich wyznacznikiem tego wszystkiego, co nieosiągalne. Poznają nowych, innych ludzi: rówieśników i nauczycieli; poznają wiedzę, która jest tak niezwykła jak magia. Uczą się współżyć z innymi, uczą się jak postępować, a czego nie robić – życia w społeczeństwie…
Dopiero z czasem pojawią się uprzedzenia: jedni nauczyciele zniechęcą do swego przedmiotu, albo nawet do samej szkoły, inny rozbudzą zainteresowania. Jeszcze ktoś z uczniów sam w sobie odkryje pasje. Na szkołę zaczną patrzeć z sentymentem, ale i z resentymentem.
Niedawno sam poczułem się jakbym wrócił do szkoły. A mianowicie zacząłem robić zdjęcia. Nie jakąś wymyślną lustrzanką (ale może kiedyś…), lecz prostym cyfrowym aparatem. I nagle okazało się, że zrobienie zdjęcia to nie takie zwykłe pstryk. Uczę się, że aparat nie patrzy tak jak ja; nie zawsze wyostrza spojrzenie na to, co bym chciał (np. na chmury) i muszę się nauczyć go oszukiwać. Poznaję wpływ światła, poznaję pory dnia, w których słońce ożywia kolory. Uczę się „ustawiać” obiekt w kadrze. Uczę się nowego spojrzenia i sprawia mi to radość oraz satysfakcję… jak uczniowi pierwsze napisane słowa.

Pamięć i tożsamość

Kiedyś zaprosiła mnie na koncert fortepianowy Liszta. Występował słynny pianista z RPA. [...]
- Ale co ci się nie podobało w tym wykonaniu? – spytała. – Wydawało mi się, że było wspaniałe.
- Nie pamiętasz? Płyta, której słuchaliśmy, pod koniec drugiej części była leciutko zarysowana. Zgrzyt! Zgrzyt! Bez tego zadrapania nie mogłem wczuć się w muzykę!

(Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca)
* * *
Niemal identyczną anegdotę mógłbym opowiedzieć o moim bliskim koledze ze szkoły średniej – miłośniku Deep Purple i The Beatles.
Na wiele rzeczy dziś patrzę przez pryzmat pierwszych doznań, dawnych wspomnień. Zdaję sobie sprawę, że one wcale nie musiały być lepsze, czy piękniejsze, lecz to one ukształtowały odbiór świata...
Żaden Robin Hood nie będzie dla mnie prawdziwszy niż wizerunek wykreowany przez Michaela Preada. Żaden kapuśniak tak smaczny jak ten od mojej babci...

poniedziałek, 29 czerwca 2009
Arbeit Macht Frei

Nie będzie o obozach koncentracyjnych, choć myśl, którą wyraża tytuł biegnie w tym kierunku. Oto kontekst jaki zyskał ten zwrot dzięki historii. Kontekst jest tym, co rządzi słowem. Mało kto zdaje sobie sprawę, że słowa, które można przetłumaczyć jako Praca czyni wolnym, są tytułem XIX wiecznej powieść Lorenza Diefenbacha (1806-1883), pastora, bibliotekarza, lingwisty i etnologa. Ot, opowieść o człowieku, który dzięki ciężkiej pracy powraca na drogę cnoty. Dopiero naziści nadali im groteskowo-makabryczne znaczenie dając to hasło nad bramami swym obozów. Wraz z tym napisem sama praca stała się zaprzeczeniem powyższych słów – źródłem zniewolenia.

Dziś praca wydaje się być w większości przypadków tylko formą zarobkowania. Sposobem na zdobycie środków na inne rzeczy, które nas pasjonują: na weekendowe rozrywki, na wspaniale wakacji i podróże w odległe egzotyczne kraje, albo chociażby byczenie się na plaży w Hurghadzie; na krążki ulubionych muzyków i ich koncerty, na książki i filmy, które przeniosą w odmienne światy; wreszcie – a może przede wszystkim – na to, co jest niezbędne w życiu: na mieszkanie, opłaty, jedzenie i ubrania. W pracy częściej żyje się tym, co poza nią, niż nią samą, mimo, że pochłania przynajmniej jedną trzecią doby, a nawet więcej. Może generalizuję, bo sam tak mam. A może nie mam szczęścia robić tego, co lubię, aby zajęcie pochłonęło mnie całkowicie? Na to odpowiedzieć mogą mi ci, którzy mają szczęście(?) łączyć pasję z pracą.

O pracy napisano całe tomy. Praca, jako że jest głównym zajęciem człowieka, zapełnia większość stron powieści, zapełnia stronice rozważań naukowych i filozoficznych. A choć zdarzają się ironiczne zdania w rodzaju tych z Parady paradoksów Władysława Grzeszczyka:  niektórzy tylko tyle wiedzą, że najlepszą pracą jest ciągnięcie zysków, lub nawet pracujący jak pszczółka czasem nagle zaczyna bzykać, to jednak o pracy w zasadzie pisze się pozytywnie. O jej dobrodziejstwach mówiąc nie tylko porzekadła ludowe, czy nauka Kościoła (2 Tes 3,10), święci, społecznicy, reformatorzy i trenerzy, ale też artyści, których czasem społeczeństwo postrzega jako lekkoduchów, marzycieli, którzy walczą z wiatrakami lub szokują dla rozgłosu. Choćby taki Charles Baudelaire, który swymi wierszami bulwersował i burzył porządek, powiedział, że: Praca natychmiastowa, nawet zła, warta jest więcej niż marzycielstwo.

Skąd mi się wzięła ta praca? Z siedzenia w domu… Wielką radością jest wakacyjny wyjazd, odkrywanie nowego, doświadczanie przyjemnych uczuć, ale kiedy siedzi się w domu kolejny tydzień na zwolnieniu lekarskim zaczyna odbijać. Nadmiar czasu sprawia, że czytam kilka książek na raz i żadnej dotychczas nie skończyłem. Jutro też będzie dzień – myślę sobie jak Scarlett O’Hara i odkładam wszystko na później: na świętego Adama. A czas nie stoi w miejscu, w przeciwieństwie do mego umysłu, który z każdym dniem gnuśnieje. Pracy mi trzeba!

piątek, 26 czerwca 2009
Teatralny Poznań

Trwa festiwal maltański. Teatry się zjechały i nawet trochę tego dzieje się na wolnym powietrzu, co przypomina czym festiwal był u zarania. Wtedy prawie wszystko zwrócone było  do ludzi, wychodziło im na przeciw i zapewne dla wielu stało się to okazją do jedynego obcowania z teatrem, nawet jeśli więcej w tym kuglarstwa niż sztuki. Później zrobiło się elitarnie, co raczej dobre jest dla snobów niż dla teatru. Po co mi bowiem przegląd zagranicznych teatrów, skoro nawet tych swoich nie oglądam, bo za drogie bilety, albo czasu brak? A w tym roku znowu jakby tego więcej na zewnątrz (albo ja mam takie wrażenie, bo bliżej nich jestem?). A tu - masz ci los! - deszcze i spektakle odwołują. Organizatorzy uznają, że nawet bogowie są przeciw egalitaryzmowi sztuki i wrócą do bezpiecznych, ale i zamkniętych przestrzeni sal.
W zasadzie trafiliśmy tylko na jeden spektakl. Teatru TUIG u wyloty ulicy Woźnej. Rusztowania drewniane a wewnątrz nich wielkie koło zamachowe i masa sznurków, deseczek. Widać było, że to coś na kształt kukiełkowego domu, a przynajmniej można się tego domyślić. Wśród tego wszystkiego wiszące 3 rulony płótna i jakiś pakunek na deskach. Ludzie wokół usadzeni okręgiem na prowizorycznych ławkach, ułożonych z desek. Kiedy zabrakło miejsca na deskach widzowie siadali na bruku. Ci, którzy nie znaleźli miejsca stali poza kręgiem. Robiono zdjęcia całej tej tajemniczej maszynerii, dyskutowano w oczekiwaniu na początek.

Zaczęło się wszystko zgodnie z planem o 21:30. Przestrzeń fizyczną rynku zapełniła sfera duchowa. Na tym publicznych terenie muzyka teatralnym dzwonkiem i wyznaczała początek. Wszyscy zamilkli i w skupieniu czekali na to, co przyjdzie. I przyszło, a właściwie przyszedł. Wysoki mężczyzna o krótkich rudych włosach z pięknymi zakolami. W okularach z rogową oprawą, jak u prawdziwego intelektualisty. W zabawnych sweterku bezrękawniku ceglastego koloru z trzema ciemnymi paskami. Wyglądał jakby się urwał z choinki. Chodził wokół tej konstrukcji z przejęciem, przestrachem, ale i wielką ciekawością. Znalazł wielki pakunek. Dopiero kiedy się nim zainteresował, kiedy zaczął go ściągać ze sceny-rusztowania dostrzegło się, że to "zapakowane" ciało ludzkie. Ciągnął je, by zostawić na ulicy Woźnej skąd przyszedł (i gdzie stała ciężarówka - własność teatru). Krążył i dotykał. Obserwował, aż wreszcie wspiął się po prymitywnej drabinie na górę. Pchnął koło. I jeszcze raz, i jeszcze... Mechanizm ruszył. Zajaśniały lampki. Zaczęło się. Rulony płótna zaczęły spadać, by odsłonić troje ludzi. W jasnych lnianych strojach wyglądali jak piekarze, albo istoty nie z tego świata. Jeden mężczyzna i dwie kobiety weszły po tej samej drabince, co poruszyciel koła. Teraz już oni przejęli władzę nad maszynerią. Kobieta i mężczyzna ciągnęli linę, która napędzała koło, zaś ostatnia osoba zaczęła zrzucać woreczki z piaskiem, jakie są przy balonach. Tyle, że żaden balon nie uniósł się w górę, jedynie kukiełkowe przybory zaczęły nabierać życia - stawać się tym, do czego je stworzono: krzesłem, stołem, regałem na książki, umywalką i wazonem, leżakiem i kominkiem, w którym zapłonął ogień. Poruszyciela ogarnęło szczęście, cieszył się z każdego nowego przedmiotu, który przed nim wyrastał. Mył ręce w umywalce, czytał książkę, siedząc na krześle. Radował się ogniem, popijając trunek z butelki (piwo?). W scenach tych czuło się szczęście bohatera, a zaraz znajdowało wesołość cyrkowych gagów. Muzyka stała się kusząca jak samo życie. Muzyka trzeba przyznać, że skomponowana została trafnie i stanowiła drogowskaz w odczytaniu przesłania. Zapowiadała też to, co miało nadejść. Zgrzyty, niepokój...
Trzy postacie na szczycie znieruchomiały. Konstrukcja domu straciła trwałość. Ogień, regał, stół, wszystko, co cieszyło człowieka, zaczęło się składać. Przerażony tym bohater próbował ratować swój dobytek. Wreszcie pobiegł na górę i ubłagał istoty, aby kręciły dalej. Sporo przy tym krzyczeli. Nie pamiętam już dokładnie co, ale miało to być po polsku, czego bardziej można się było domyślić, niż zrozumieć. Człowiek chciał, aby kręcili, istoty, krzyczały, aby zszedł. Wrócił na dół. Znowu ogień zapłonął, a wraz z nim światła wokół rusztowania. Przedmioty znowu stały się użyteczne. Radość wróciła, ale podszyta nerwowością. Oto bowiem wszystko zaczęło się unosić w górę - znów przestało spełniać swoje przeznaczenie. Biegając wokół bohater próbował powstrzymać to, co nieuchronne.  Chwytał sznurki i ciągnął w dół. Niektóre sznurki wręczał widzom, aby pomogli mu utrzymać jego świat. Nadaremnie. Włożył kij w koło, aby je zatrzymać, ale drąg się zapalił. Próbując uratować to życie zaplątał się w sznury i zawisł.
Trzy istoty, niczym Mojry skończyły prząść nić życia. Zeszły, składając cały dobytek, zdjęły ciało, aby w końcu owinąć je w białe płótno. W końcu same znikły w swych kokonach. Muzyka ucichła... pozostały światełka na rusztowaniu i oczekujący widzowie...
Powoli zbliżali się do konstrukcji. Dotykali przedmiotów. Dotykali ciała i rulonów. A mnie korciło to wielkie koło. Z lękiem, ale i ciekawością ruszyłem nim. Udało się. Zacząłem więc kręcić. Ale wtedy przyszła ochrona...
Wyszli też ludzie z kokonów i ukłonili się. Nagrodzono ich brawami - nie pierwszy raz tego wtorkowego wieczoru. Czy gdybym nie ruszył koła, ich bezruch trwałby dłużej? Czy to stanowiło część spektaklu, czas do namysłu?

Ale ja czułem potrzebę, aby poruszyć koło...

wtorek, 23 czerwca 2009
Porcja Kokii

Czerwiec nie rozpieszcza swą aurą Poznania. Mimo to w środę siedemnastego jasne słońce uśmiechało się nad popołudniowym niebem. Około 19:30 zaczęli zbierać się młodzi ludzie na ulicy Kościuszki, przy wschodniej ścianie Zamku. Powoli, acz systematycznie przybywało osób w kolejce do ukrytych z boku, ciężkich, oklejonych plakatami drzwi. Większość wyglądała na studencką brać, ale były też osoby nieco starsze. Wśród oczekującego tłumu kilka osób pochodziła z krajów azjatyckich. Domyślać się mogłem tylko, że ich ojczyzną jest Japonia. Patrząc jednak na większość zebranych nie poznałbym, że są fanami dalekowschodniej kultury. Może z wyjątkiem dziewczyny o ostrym kolorowym makijażu, której torbę zdobiły naszywki z anime. Jak podsłuchałem przybywała tu wprost z pobliskiego (dosłownie po skosie) Collegium Historicum. Miała naprawdę blisko, choć jak wyczytałem w necie, wiele osób na jedyny w Polsce występ artystki musiało przebyć daleką drogę, niektórzy aż z Rzeszowa.
Chyba przed 20 zaczęto wpuszczać do wnętrza Blue Note. Jedyni wkraczali w podziemia klubu, inni powiększali ogon kolejki. Zator przy szatni tamował ruch, lecz kiedy już go pokonaliśmy przed nimi czekała długa sala pełna stolików. W większości niestety zarezerwowanych. Przyszło zatem trochę powędrować, zanim znalazło się wolne miejsce, do którego nikt nie rościł sobie praw. Obawa, że za chwilę będzie trzeba jednak opuścić zdobyczne krzesła nie mijała, a to dlatego, że ludzi wciąż przybywało. Wskazówka już dawno minęła dwudziesta, czyli czas rozpoczęcia występu, a gwiazdy wciąż nie ujrzały oczy oczekujących. Na scenie tylko mikrofon oraz pianino. I jeszcze Japonka, która krzątała się wokół.
Dopiero o 20:20 pojawiła się rodzima konferansjerka, wysoka blondynka w czarującej wieczorowej sukni i powiedziała mniej więcej coś takiego: Blue Note gościł u siebie wiele wspaniałych gwiazd z najróżniejszych zakątków świata. Dziś wieczór mamy przyjemność oglądać tutaj koncert jeden z nich. Spośród wielu miejsc wybrała w naszym kraju na jedyny swój występ właśnie nasz klub. Dzięki tej artystce zapewne poczujemy zapach kwitnącej wiśni. Przed państwem Kokia.  Mówiła wolno, jakby podkreślając wagę słów. Biorąc jednak pod uwagę, jak niewiele powiedziała o samej piosenkarce, mogło to znaczyć też tremę związaną z nieprzygotowaniem. Wystarczyło zajrzeć do wikipedii, czy po prostu do sieci, aby tym mniej zorientowanym – jak ja – powiedzieć, że ta niemal 33 letnia wokalistka (ur. 22. lipca 1976r) już od dziecka rozwijała swój talent ucząc się gry na fortepianie oraz skrzypcach. Uczęszczała do prestiżowej szkoły muzycznej Toho Gakuen School of Music oraz studiowała śpiew operowy i muzykę klasyczną. Pierwszy singiel nagrała w 1998 roku i w tym samym roku zaśpiewała do utworu Ai no rinkaku, znakomitego kompozytora Kanno Yoko (z anime Brain Power’d), który przyniósł jej sławę. Aktualna jej trasa koncertowała obok Poznania przewiduje Paryż, Brukselę oraz Kolonię. Ostatnią jej płytą jest wydana w tym roku Infinity, z której piosenki zapewne dziś zaprezentuje…
I stało się. Przy oklaskach widowni pojawił się najpierw gitarzysta z fryzurą jak Mireille Mathieu oraz gwiazda. Kokia. Brązowowłosa kobieta o twarzy niewinnego dziewczęcia. W czarnej spódnicy z falbanami oraz w jasnej, luźnej bluzce zszytej z setek małych kropli, które przypominały łzy, albo łuski delikatnej zbroi. Powiedziała: Dobry wieczór, jestem Kokia, a już za chwilę rozległy się pierwsze akordy gitary, do których dołączył śpiew. To co urzeka w jej wykonaniu to nie tylko głos, który jest delikatny, a zarazem pełen energii, to śpiewnie całym sobą: wraz głosem unosiły się jej ręce i wraz z głosem opadały. Ten taniec uwieczniała jej rodaczka, która stała z boku sceny i wszystko filmowała kamerą.
Po wprowadzającym utworze przedstawiła swego akompaniatora. Dodała też, że to jej pierwszy pobyt w Polsce, a następnie nawiązała po angielsku dialog z publicznością. Zapytała, skąd ją znamy. Większość odpowiedzi padła na internet. Mówiła też o swojej najnowszej płycie i również pytała, czy ją znamy… z Internetu. Okazało się, że nie tylko i że wielu spośród zebranych to prawdziwi wielbiciele, którzy potrafili wymienić nawet tytuły piosenek z tej płyty.  I następny utwór, który zaprezentowała polskiej publiczności pochodził właśnie z krążka Infinity., choć niestety nie pamiętam tytułu. Właściwie przed pójściem na ten koncert słyszałem tę japońską artystkę tylko kilka razy na youtube i znałem jedynie Dandelion. Z każdym kolejnym utworem dawałem się wciągnąć w jej muzyczną opowieść. W jej pieśniach nie dostrzegałem odbicia moich wyobrażeń o ojczyźnie samurajów: żadnego echa fletu shakuhachi, japońskiej cytry koto albo choćby „gitary” samisen. Gitara towarzysząca śpiewowi tworzyła klimat jak z celtyckich baśni zespołu Clannad. Za to jej śpiew, zapewne ze względu na samą egzotykę języka i barwę głosy wprowadzał w trans i mogłem przy nim wędrować w krainę dawnych historii o niezwykłej miłości jak z Genji-monogatari (Opowieść o księciu Genji) lub znaleźć się w samym sercu wojny, odkrywając własne  przeznaczanie lub próbując odepchnąć to, co nieuchronne jak w Heike-monogatari (opowieść o wojnie Gempei). Do tych wrażeń słuchowych dochodził też taniec rąk, którymi Kokia kreśliła obrazy nie mniej tajemnicze, lecz równie pociągający. To sprawiało, że czułem się jak na recitalu piosenki aktorskiej. Czuło się też nić porozumienia między widzami a występującą gwiazdą. Tę więź podkreślały dialogi jakie prowadziła z fanami, pomiędzy utworami; kiedy speszona jak dziewczynka powiedziała: don’t look at me, lub kiedy mówiła do nas po japońsku, a dopiero później tłumaczyła to na angielski. Tak jak słowa jednego z hitów Remember the Kiss. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie, i jak zauważyłem na wielu innych, Chouwa oto. Co prawda ten jedyny utwór leciał z pół playbacku (fortepian oraz chórek), ale nie umniejsza to w niczym ekspresji artystki i piękna jej głosu. Wszyscy zostali oczarowani. Na pożegnanie Kokia zaśpiewała nastrojową balladę Arigatou, która stała się podziękowaniem i dla przybyłych na koncert.
Odpowiedzieliśmy owacjami na stojąca, które trwały kilka minut, aż artystka powróciła na scenę. Lecz oklaski trwały jeszcze do chwili powrotu gitarzysty. Przejęty tym muzyk omal nie przewrócił się wbiegając na podwyższenie. Ukłonili się uśmiechając się z wdziękiem właściwym dla Azjatów i w sali Blue Note rozległ się ponownie kryształowy glos wokalistki z Tokio. Po raz ostatni.
Wszystko to trwało tylko do dwudziestej drugiej. Dandelion nie zabrzmiał w Poznaniu. Lecz repertuar jaki zaserwowała nam Kokia przyniósł rozkoszne doznania. Rodząca się na ulicach miasta noc rozbrzmiewała wspomnieniem lirycznej muzyki.

 

Kokia - Infinity


wtorek, 09 czerwca 2009
Tu i teraz

(apokryf)

Jezus siedział i rozmawiał z tymi, którzy szukali jego pomocy. Wtedy przybyli jego uczniowie. Jeden zawołał: Czy wiesz Panie, że Piłat pozabijał pielgrzymów, którzy zdążali do Jerozolimy. Inny powiedział: Za Jordanem działa nauczyciel, którego mają za mesjasza. Jeszcze inny uczeń rzekł: Czy wiesz, że nawałnica na morzu zniszczyła większość statków. Teraz ceny zboża bardzo wzrosną. Wreszcie ostatni powiedział: Panie, w Gileadzie ludzi dotknęła zaraza. Pójdźmy tam i ich uzdrówmy.
Na to Jezus opowiedział im tak przypowieść.
W pewnym mieście żył celnik, który miał dobre kontakty ze wszystkimi przybywającymi do miasta. Najlepiej wiedział, jakie będą zbiory w imperium, czy opłaca się sprowadzać wino, czy oliwę. Pierwszy wiedział, kogo wyznaczą na namiestnika prowincji, a kto będzie dowodził legionem. Nie było lepiej poinformowanego człowieka od zachodniego krańca cesarstwa, aż do wschodnich rubieży. Pewnego dnia zachorowała żona celnika. Wiedział, że najlepszy lekarz mieszka w Tyrze. Posłał więc po niego, lecz zanim ten przybył żona
zmarła. Celnik zaś nie potrafił sam jej uratować.
Odezwał się Tomasz: Panie, gdyby celnik był najlepiej poinformowany, czyż nie znałby lekarza w swoim mieście?
Odpowiedział mu: O nierozumni! Czyż wokół nie dzieje się wiele! Nie trzeba gnać po świecie. Jesteśmy tu i teraz, bo taka była wola Ojca, dlatego tu i teraz w pierwszej kolejności należy działać.

niedziela, 07 czerwca 2009
Kto tu zagląda i dlaczego

Ten ranking zrobiłem na podstawie statystyk stat4u. Oto efekt 696 dni zbierania danych. Wszystkie nazwy podane są małą literą, gdyż tak poddaje stat4u wyniki wyszukiwania. Wszystkim biorącym udział w badaniach, dziękuję i proszę o pozostawianie własnych spostrzeżeń, obserwacji i wniosków. 

 

1. miejsce dla żądnych wiedzy! I klasycznego wykształcenia. Numer 1 i kilka następnych miejsc zajmuje nomen omen (w różnych wersjach: 2. omen nomen, 3. nomen omen znaczenie, 4. nomen-omen, 11. nomenomen). Adresy różne, często edu. Albo z dodatkiem uniwersytetu: uw, uj, amu, umcs, itd. Zdarzyły się też przypadki domeny rządowej gov.pl – znaczy chłonni wiedzy i poszerzenia słownictwa są nie tylko uczniowie, studenci (mam nadzieję, że wykładowcy dają sobie radę sami), ale też politycy, czy urzędnicy. Zresztą wiedzę pogłębiają również mieszkający zagranicą – jak mniemam – rodacy.

2. miejsce dla religii! Pozycja 5. i 6. oraz dalsze (26, 27) to święta rodzina lub rodzina święta (na tych dalszych jest rodzeństwo chrystusa oraz rodzina swieta). Aż żałuję, że nie mam przy tym wpisie ankiety, aby czytelnicy wypowiedzieli się, czy szukają wiadomości o świętej rodzinie ze względu na jakieś zadanie z lekcji religii, z powodu własnych zainteresowań (chęci pogłębienia wiary), szukania wzoru chrześcijańskiej rodziny, czy może z powodu znalezienia prawdy o rodzinie Jezusa. Pytanie, czy Chrystus miał rodzeństwo, a co za tym idzie, czy Maryja była dziewicą, królowało na lekcjach religii już podczas mojej nauki w szkole średniej.
Jak w tym kontekście można mówić, że ludzi nie interesują sprawy wiary?

3. miejsce dla uczniów! I poszukiwaczy skarbów pieśni gminnej. Tak sądzę, gdyż numer 7 najczęściej wyszukiwanych fraz w moim blogu zajmuje: legenda o powstaniu pienin. Pieniny zajmują też miejsca: 23. legenda o pieninach, 24. legenda pienin, 25. legenda powstania pienin (jest jeszcze legenda o górach pieninach na 30 oraz na 34 jak perłowicz pokonał króla wężowego). Wszystko wskazuje, że te legendy są w zbiorze lektur. Nie wiem tylko na jakim szczeblu edukacji.

4. miejsce dla moich fanów! Wiem, za dużo powiedziane, ale jak ktoś pyta o komis heterodoksja (9) to nic innego nie przychodzi mi do głowy. Chyba, że gdzieś w Polsce ktoś prowadzi taki komis. Tylko co w nim można znaleźć za przedmioty i sprzęty?
Jest jeszcze na 42 miejscu (w stat4u) komiks heterodoksja – lapsus, czy może konkurencja?;)

5. miejsce dla filozofów! Czyli poszukiwaczy mądrości. A lokatę 10 w najczęściej występujących frazach w wyszukiwarce zajmuje: coś mądrego.

6. miejsce dla krzyżówkowiczów! Na takich ludzi wskazuje sformułowanie typu: rumuński pasterz wołów albo gonił ją reżyser k. smith. Dziś zaskoczyło mnie, że odpowiedzi na to ostatnie pytanie szukała osoba, która miała com.sg. W Singapurze ukazują się polskie krzyżówki? Albo, co bardziej prawdopodobne, to wczasowicz z nieodłącznym na wakacjach pismem z łamigłówkami.

7. miejsce znów dla religii – na stat4u zapytanie: środa popielcowa 2009 znajduje się na miejscu 12. Wśród innych akcydentalnych zapytań jest też jak wygląda niebo po śmierci, lub piekło. Czy można znaleźć w sieci odpowiedzi na takie pytania? Czy gdziekolwiek można znaleźć takie odpowiedzi?

8. miejsce dla zainteresowanych sprawami Kurdów. Kurdowie (14 lokata), kurdowie w polsce (18), kwestia kurdyjska (19). Patrząc na pojedyncze słowa, to kurdowie są przed popielcowa. Ostatnio ten temat jest coraz popularniejszy. Również we frazach pytających o terroryzm.

9. miejsce dla filosemitów! Albo też miłośników historii Poznania. To hasła: żydzi w poznaniu (15), zydzi w poznaniu (44) oraz żydzi poznań (49). Do tego tematu należy też zaliczyć pytania o tzadik festiwal poznań, czy  koby israelite poznan (35).

10. miejsce dla frazy: męskie ego. (W stat4u jest to miejsce 15). Kto tego szuka? Faceci, którzy chcą dowiedzieć się czegoś o sobie? Nie sądzę, raczej kobiety… a dlaczego? To już zapytajcie je o zdanie. Męskie ego pojawiło się też wespół z artystami. Widać, ci są najbardziej reprezentatywni. Albo rozbuchane ego twórców jest samo w sobie przedmiotem zainteresowań.

     To oczywiście nie wszystkie zwroty, poprzez które ludzie trafiają na ten blog. Przybywają tu militaryści (np. psychologia wojny miejsce 31. i poza pięćdziesiątką: połtawa, także peter englund poltawa), erotomani (seriale lesbijskie 46, i pojedyncze frazy, które nie wiem, czy wypada cytować) i ekolodzy (baśń ekologiczna 38). Wiele też jest zapytań muzyków o instrumenty w komisie, ale ze względu na mnogość takich przedmiotów (gitary, fortepiany, perkusje, nie mogą się przebić do czołówki).
    Do ciekawych przypadków z ostatnich dni można zaliczyć reporterskie wyrażenie: przez dzikie gąszcze internetowej dżungli. Nienapisana książka Kapuścińskiego?;).
    Zakończę filozoficznym pytaniem jednego z odwiedzających: jak człowiek żył jak nie było internetu. No właśnie: jak? Ciężkie to musiało być życie, kiedy dla znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania, należało zajrzeć do biblioteki, szukać w słownikach, czytać lektury, studiować Biblię, itp.

 

sobota, 06 czerwca 2009
Dlaczego tu przychodzicie?

(apokryf)

Pewnego razu Jezus zapytał swoich uczniów. Dlaczego ludzie za mną chodzą? Odpowiedzieli mu: Jedni z ciekawości. Inni dlatego, że nie mają nic lepszego do robienia. Jeszcze inni chcą usłyszeć coś ciekawego, mądrego. Albo zobaczyć cud. Zapytał ponownie: A dlaczego wy za mną chodzicie? Odpowiedział mu Piotr: Ty wiesz Panie. Na to odrzekł mu Jezus: Ale czy Ty wiesz?

 

środa, 27 maja 2009
Podróż

Każdy dzień życia jest jak niezwykła, niepowtarzalna podróż. Często jednak trzeba udać się w podróż, oddalić od tego, co znane, spowszedniałe, aby odkryć jego piękno; aby poczuć każdym porem, każdym oddechem, każdym szelestem, na czubku języka i w refleksie na tęczówce jego wyjątkowość.

 

most Karola 

Podróż życia… dokąd? do kiedy?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21