Blogowisko.org
poniedziałek, 17 września 2007
Jadąc do dziczy czyli Bieszczady cz.1

(Przed pisaniem o samym wyjeździe powinienem rozpisać się o masie telefonów, mailów i wszelkiej wymianie pomysłów związanych z wyjazdem, zmianą koncepcji podróży, miejsca noclegowego itd. No ale pominę to, gdyż - z powodu remontu - mój udział w tym był dość ograniczony. No i kogo to interesuje? Zatem najlepiej przejść do meritum;).

 

    Sobota pierwszy września. Pociąg mieliśmy o 23.34, natomiast na dworcu byliśmy już przez 23. Jakub zadzwonił do Doroty zapytać, czy już kupili bilety, czy może my mamy kupić dla wszystkich. Okazało się, że już są na peronie. Jakub kupił więc bilety dla nas i ruszyliśmy na peron. Wtedy po raz pierwszy miałem możliwość spotkać się z Dorotą i Szymonem. Wcześniej co prawda widziałem ich na zdjęciu, a także rozmawiałem na gmailu (z Szymonem również przez komórkę), ale wiadomo, spotkanie to spotkanie. Przyznam, że pierwsze wrażenie nie zlikwidowało dystansu jaki się ma wobec nowowpoznanych. Szymon to osobowości dominująca, ekstrawertyczna, czyli zupełnie inna od mojej. Po kwadransie rozmowy z nim więcej wiedziałem, niż od Jakuba po kilku latach znajomości (inna sprawa, że dowiadujemy się o bliskich nie tylko z tego, co mówią, ale z samego przebywania. Więc jednak Jakuba „znam” trochę lepiej;). Z kolei Dorota wydawała się tylko tłem przy Szymonie. Niewiele mówiła, cały czas obok Szymona. Trudno mi było coś na jej temat wywnioskować. Przez moment nawet się bałem, że to może być nieudany wyjazd...
    Jakub siał defetyzm, jak to stwierdził Szymon, gdyż wciąż powtarzał, że to najdłuższe połączenie (Świnoujście - Przemyśl) i na pewno będzie tłok, a my nie będziemy mieli gdzie usiąść. Ponadto były obawy, że się spóźni, bo on zwykle się spóźnia (tym miałem jechać w maju do Krakowa, więc wie, że tak bywa). Na szczęście przyjechał na czas, a my wskoczyliśmy czym prędzej do środka szukać miejsc. Przedziały nie były pełno, ale raczej trzeba by siedzieć w pełnym z innymi ludźmi, lub się dzielić. Zajrzałem jednak do zasłoniętego kotarą przedziału i okazało się, że spał tam jeden człowiek (rozwalony na całym siedzeniu). Weszliśmy jednak i to go obudziło. A my mogliśmy się rozsiąść. Jakub znowu coś mówił złowróżbnie o tym, że pewnie się zepsuł. Pociąg ruszył z opóźnieniem. Krótko po tym zaś ja pogrążyłem się we śnie. Pamiętam kontrolę biletów, a potem znowu sen i Wrocław. We Wrocławiu wysiadł nieznajomy, który dzielił z nami przedział i teraz cały był nasz. Jakub, który mówi, że w pociągu ani w busie nie śpi, jednak się zdrzemnął, gdyż stwierdził, że nie pamięta, kiedy sąsiad przełożył torbę z półki na siedzenie. Szymon już w pociągu zaczął szaleć, gdyż razem z Dorotą są zapalonymi fotografami amatorami. Między innymi fotografowali dworce. Ja zaś dalej spałem. Chyba dopiero w okolicach Krakowa byłem na tyle zdatny do życia, aby uczestniczyć bardziej aktywnie (choć może dalej przysypiałem;). Być może właśnie na dworcu w Krakowie (a może bliżej Rzeszowa? - jak ta pamięć działa:/) Szymon zrobił zdjęcie didżeja z gramofonem. Didżej został, a my ruszyliśmy w dalszą drogę. Pamiętam, że Jakub określał nasze położenie na podstawie nadajnika telefonii komórkowej, który pojawiał się na wyświetlaczu. Nie był to mój pierwszy wyjazd w te góry, ale zupełnie nie pamiętałem stacji, a ponadto jechałem chyba inna trasą, bo bezpośrednio do Sanoka. Tym razem dojechaliśmy do Rzeszowa. Potem przesiadka do PKS-u i do Sanoka. Wiele miejscowości na trasie nic mi nie mówił (zarówno w pociągu, jak i w autobusie), za to jeśli tylko miały one coś wspólnego ze sportem, Jakub od razu je kojarzył. Tak było chyba z Boguchwałem (?) gdzie podobno jest trzecioligowy klub. Śmiałem się, wyobrażając sobie scenkę, że gdyby „na salonach” zamiast np. o literaturze dyskutowałoby się o sporcie, to dałbym niezłą plamę. I tak to dojechaliśmy do Sanoka. Z każdą minutą pogoda robiła się coraz ładniejsza, słoneczko pięknie świeciło, po prostu wakacje:).
    W Sanoku była chyba godzinna przerwa na PKSu do Wetliny (wyjeżdżał o 13.30), więc Szymon z Dorotą pośpieszyli fotografować ławkę Szwejka i inne atrakcje miasta. My zaś czekaliśmy na dworcu z bagażami. Planowaliśmy zjeść jakiś obiad w bistro w Sanoku, ale nic z tego nie wyszło.
    Kiedy już jechaliśmy PKSem zatrzymaliśmy się na dłużej w Baligrodzie. Widać było tablicę, że 200 metrów dalej jest cmentarz żydowski. Zanim jednak się zorientowałem, że Autobus stoi tu 5 minut większość tego czasu minęła i skoczyliśmy tylko z Szymonem zrobić zdjęcie T-34, który stał na ryneczku tej mieściny. Spodobała mi się wtedy gotowość Szymona to takich nagłych szaleństw:). A potem ruszliśmy dalej. Za nami siedzieli Niemcy z dużym psem wilczurowatym, który jednak z umaszczenia nie przypomniał owczarka niemieckiego;). A przede wszystkim był bardzo sympatyczny. Zapuszczając się coraz bardziej w góry, zdziwiony byłem, że już na tym wczesnym etapie jest sporo serpentyn (ja pamiętałem tylko te między Ustrzykami Górnymi a Berehami Górnymi). Niemcy wysiedli w Cisnej, my pognaliśmy dalej. Aż do ostatniego przystanku w Wetlinie, gdzie byliśmy jakoś przed 16. A okazało się, że jeszcze kawałek musimy iść, gdyż nasz hotel, przy którym zarezerwowaliśmy domek był już na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Kobieta zaprowadziła nas do domku i dała dwa pokoje na parterze, bo te do góry dopiero musiała posprzątać. Ledwie jednak zrzuciliśmy plecaki, zaczęliśmy się odświeżać, a ona stwierdziła, że ktoś tam ma przyjechać na następny dzień, więc nie ma sensu, abyśmy się przenosili w trakcie urlopu. Przygotowała pokoje i poszliśmy do góry. Okazały się większe, wygodniejsze, a w łazience zlew nie był oberwany. Była więc to udana zamiana. Przynajmniej dla mnie i Jakuba. Jak się okazało, w pokoju Szymona i Doroty nie dało się domknąć drzwi i mieli o wiele chłodniej. Po jakimś czasie wpadli na pomysł i powiesili jeden z nadliczbowych koców (były to pokoje 3-osobowe) na drzwi na balkon.
    Kiedy już się rozpakowaliśmy, ruszyliśmy w teren. Cel pierwszy to oczywiście jadłodajnia. I takową znaleźliśmy niedaleko przystanku, gdzie wysiadaliśmy. Zaraz obok był kościół. My jednak poszliśmy się najeść. Tam, jak i w każdym następnym miejscu, Szymon z Dorotą zrobili zdjęcia (skupili się w tej jadłodajni szczególnie na malunkach kwiatów, które zdobiły to miejsce). Zdjęcia robił również Jakub, lecz on był dużo bardziej oszczędny. Jak mi to wyjaśni podczas ostatniej wędrówki po połoninie Caryńskiej: „to dlatego, że jak jest kilkaset zdjęć, to i tak się wszystkich nie obejrzy. Nie ma więc sensu robić za dużo”. W promieniach popołudniowego słońca ruszyliśmy ku początkowi Wetliny. Zatrzymaliśmy się jednak na jednym z mostków nad Wetlinką, która wyglądała wtedy tak skromnie, że po kamieniach można było przejść na jej drugi brzeg. Wtedy to dwoje największych „maniaków” fotografii udało się na sesje zdjęciową w korycie rzeki, na jego kamiennych wysepkach, kiedy zaś znikli nam z oczu za zakrętem rzeki, udaliśmy się w drogę powrotną skrajem szosy. My jednak również mieliśmy szczęście do ciekawych miejsc. Kiedy byliśmy już przy niedaleko naszego domu, nad brzegiem rzeczki Solinki (taka nazwa widniała na tablicy informacyjnej na moście) zobaczyliśmy stary most, który okazał się pozostałością po kolejce bieszczadzkiej.
    Nie potrafię tego umiejscowić w czasie; czy było to kiedy już zjedliśmy obiad, czy może wyszliśmy później jeszcze raz, ale udaliśmy się na zakupy do sklepu. Najpierw w jednym kupiliśmy chleby, jakieś kiełbasy z myślą o ognisku (była taka możliwość na terenie należącymi do hotelu), wody mineralne i pewnie jakieś drobiazgi, których nie pamiętam. A następnie poszliśmy do drugiego sklepu naprzeciwko. Nie wiem, czy czegoś zapomnieliśmy, czy nie było tego towaru w pierwszym sklepie. Weszliśmy jednak a Szymon zapytał o kwas chlebowy, bo on wszędzie o to pytał (i o podpiwek chyba również) i nawet nie pamiętam, czy wspomniał coś o dziczy, a jeśli tak to w jakim kontekście (że niby powinien tu być ten podpiwek?), na co wszakże sprzedająca kobieta, zareagowała ponad miarę ekspresyjnie: że ona co prawda nietutejsza, bo z Tarnowa, ale mieszka tu już siedemnaście lat (?) i to nie jest żadna dzicz! Dała długą tyradę, że nie spotkała się z takim grubiaństwem, że nie wiadomo, co sobie wyobrażamy itd. i zapytała również oburzona, że skoro to taka dzicz, to po co tu przyjechaliśmy!? Oczywiście wszystkich zamurowała taka przemowa i nikt nie miał odwagi powiedzieć, że właśnie dlatego, że to dzicz;). I tak to dzicz stała się hasłem wywoławczym, słowem wytrychem, który otwierał naszą puszkę śmiechu;).

 

środa, 12 września 2007
Ciężki powrót do normalności

Mówi się, że urlop, czy ogóle wakacje służą naładowaniu baterii, wzmocnieniu się przed dalszymi zadaniami itp. Dla mnie jednak to bzdura! Żeby nie użyć niecenzuralnego słowa.
A tak właśnie. wakacyjne wyjazdy im bardziej są udane, tym trudniej powrócić do rzeczywistości. Człowiek wspina się, delektuje niezwykłymi doznaniami, doświadcza piękna chiwli i miejsca, by jak za dotknięciem różczki, w mgnieniu oka, znow znaleźć się w świecie obowiązków, powtarzalności rzeczy i czynności. Im wyżej się wcześniej wchodziło, tym niżej trzeba upaść.
Wyrzucony z szyn powszedniości, na nowo muszę się uczyć w niej egzystować. Więc co zrezygnować z wakacyjnych wyjazdów? Żadną miarą, w końcu w życiu piękne są tylko chwile...

(Ten zapis równie dobrze mógłby mieć tytuł Sickman albo Spadam)

poniedziałek, 10 września 2007
Trzy powody mego milczenia

1. To oczywiście remont, który niemal całkowicie pochłonął pierwszy tydzień mojego urlopu. Jeszcze z piątku na sobotę, albo inaczej mówiąc z ostatniego sierpnia na pierwszy września w nocy, przenosiłem książki ze starego pokoju do nowego ( Było to o tyle czasochłonne, że jak to mam w zwyczaju, układałem je na nowych sosnowych regałach tematycznie. A długość półek się zmieniła;). I tak to zakończył się prawie trzyletni okres szary, a rozpoczął zielony. Właściwie zaś seledynowy, gdyż taki mi wyszedł nowy kolor ścian. Wszakże dobrze się to komponuje z jasną barwą mebli i ciemnym melanżem wykładziny.
Natomiast "niemal  całkowicie", gdyż obok remontu myślami byłem już w planowanym wyjeździe.-->

2. ... czyli upragionym wypoczynku. Wyjazd z soboty na niedzielę i powrót tydzień później. Pociąg, PKS, a celem góry, a więc wędrówki po Bieszczadach. Ale o tym już wkrótce...

3. To problem natury technicznej. Było to jeszcze podczas remontu, kiedy zasiadając do internetu, okazało się, że go nie ma: brak dostępu do sieci. Szacowna firma znana jako TP odłączyła nam nagle internet, a dokładniej wideostradę. Wszystko dlatego, że "przeszliśmy" z telefonem stacjonarnym do konkurencyjnej firmy. Najśmieszniejsze jest jednak to, że nastąpiło to przejście, jeszcze zanim podłączono nam rzeczoną wideostradę. Mieliśmy neostradę i telefon stacjonarny u konkurencji, kiedy zgłosił się jeden z pracowników TP z propozycją założenia wideostrady. Nie znając ograniczeń prawnych, skorzystaliśmy z okazji. A tu nagle po czterech miesiącach kogoś olśniło, że nie mamy do niej (tejże wideostrady) prawa. W błękitnej linii, czy jak się nazywa to cudowne łącze do kontaktów klientów z usługodawcą, grozili nam, że poniesiemy karę za przejście do "rywala" w branży telekomunikacyjnej. Potem było jeszcze kilka, może kilkanaście telefonicznych rozmów (straciłem rachubę) z wyjaśnieniamy i reklamacją. W końcu kiedy na drugi dzień doszło do rozmowy pracownik błekitnej linii był już lepiej zorientowany, przeprosił nawet, bo rzeczywiście oni dopuścili się "przeoczenia", ale i tak musimy czekać dwa tygodnie na rozpatrzenie reklamacji (czyli mniej więcej do końca tego tygodnia).

Tymczasem więc piszę tę notkę, siedząc w miejscu publicznego dostępu do netu (to konieczność kiedy człowiek da się złapać w sidła sieci;)

 

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Koby Israelite Band

Znalazłem występ z koncertu Koby Israelite Band. Nie pochodzi on z Tzadik Poznań Festiwal, ale sam utwór był wtedy wykonywany. Jakość pozostawia do życzenia, ale cieszę się, że mogę sobie to przypomnieć. A innym zaprezentować.

Zatem żywy obrazek - Koby Israelite Band:)

p.s. jak widać moje zdolności internetowe wciąż są na etapie trzylatka, a zatem dodaję link do Koby Israelite Band.
niedziela, 26 sierpnia 2007
Trudne początki remontu czyli jak pochłania mnie przeszłość

Zaczął się remont, odwlekany, niechciany, ale jak to zwykle bywa nieunikniony. A dokładnie rzecz biorąc, zacząłem w sobotę porządki. Zanim bowiem zabiorę się za malowanie, muszę (musiałem) wszystko opróżnić. I z tym właśnie miałem (zawsze mam) największe problemy.
        
A tak. Porządki oznaczają opróżnienie szaf, szuflad z całej ich zawartości. Nie chodzi bynajmniej o ubrania, które tak bardzo mnie nie pociągają, abym zatrzymał się w czasie. Tajemnica czasowstrzymywacza mojej duszy leży w znakach na papierze, które układają się w myśli, przeżycia i uczucia.
        
Opróżniając meble po zmarłym… natrafiłem na całą stertę papierzysk, które dla postronnych nie miałyby żadnego znaczenia. W gruncie rzeczy nie są to jakieś bardzo osobliwe, czy niezwykle rzadkie „dokumenty”, a po prostu stare kartki świąteczne, pocztówki, listy, zaproszenia, ozdobne telegramy ślubne, legitymacje ubezpieczeniowe, książeczka wojskowa, i tym podobne rzeczy. Dla mnie jednak są zapisem losów rodziny. Zapisem częściowo mi znanym z opowieści, wszakże pozwalają odkryć szczegóły, które umykają w opowieści lub pamięci słuchającego. Niezwykłe jest odnajdywanie w tych dawnych kartkach znanych mi osób czy choćby nazwisk rodów. Ciekawe jest, że te same rodziny w jednej wsi – gdzie nadal trwa gałąź naszego rodu – żyją dziś, tak jak żyły pół wieku temu, a zapewne i wcześniej. Jest w tym jakaś stałość, trwałość i ciągłość, której coraz mniej w zagoniony świecie miast… (W tym zbiorze są także kartki, w których pojawiam się sam sprzed lat i ludzie, których znam osobiście – okres wciąż żyjąc w mojej pamięci).
        
Każde takie zapiski zatrzymują mnie w czasie, a właściwie sprawiają, że te pozornie „suche fakty” wyzwalają uczucia, myśli o tamtych zdarzeniach i przez moment czuję się, jakby sam był na ślubie sprzed prawie sześćdziesięciu lat i widział radość bawiących się oraz szczęście na twarzach moich dziadków... i tak uczestniczę w wielu zdarzeniach…

(Ech… w planach miał napisać więcej, lecz mam wrażenie, że byłoby to ciekawe i ważne tylko dla mnie samego. A ponadto wydaje mi się teraz, że to zbyt osobiste, by tu pisać… Mogę tylko powiedzieć, że długim było to porządkowanie pokoju. A raczej przeszłości…)

sobota, 25 sierpnia 2007
Wypoczynek
 

No i mam urlop, a jak powiedział Anatol Fance: W naturze ludzkiej leży, że odpoczynek po jednej pracy znajdujemy tylko w pracy innej.
Nie do końca się z tym zgadzam, a przynajmniej nie zawsze, lecz teraz pan Anatol ma rację. Odpoczynek oznacza dla mnie remont.

 

piątek, 24 sierpnia 2007
Różnorodność religii jest wolą Boga
 

Bóg był zmuszony do rozdzielenia ich (...) [tj. języków w micie o wieży Babel – przyp. moje] ponieważ rozmnożenie doktryn pomaga szukającemu prawdy i zachęca go do osiągnięcia pożądanych rezultatów.
Eliezer Aszkenazy, Dzieło Boże (Ma'ase Ha-Szem) ukończone w 1582 roku w Gnieźnie. Eliezer Aszkenazy  to Żyd sefardyjski, przybyły z Egiptu, między innymi rabin w Poznaniu. Zmarły w 1585 roku.


Oczywiście to tylko pewna interpretacja teologiczna, a więc „nasze” ludzkie postrzeganie Boga, wszakże wizja rabina Eliezera Aszkenazego jest tą wizją, którą chciałbym widzieć prawdziwą.

środa, 22 sierpnia 2007
Po co jest historia?

        Takie pytanie, albo może podobne, było jednym z pierwszych, jakie zadano nam na wstępie do nauk historycznych. Oczywiście młode żółtodzioby, jakimi byliśmy, odpowiadały górnolotnie: że dla poznania prawdy, przeszłości, dla zachowania tożsamości narodowej i tym podobne hasła, świadczące o młodzieńczym idealizmie, tudzież naiwności. Przy okazji zanotować muszę, że jeden z moich kolegów (godny przeciwnik w grach strategicznych), stwierdził, że robi się to dla kasy. Nie wiem, czy już na wstępie popisywał się swoim ekstrawaganckim poczuciem humoru, czy też miał jakiś patent na wzbogacenie dzięki historii. Dałbym jednak konia z rzędem temu, kto by pokazał, jak to osiągnąć, bowiem doświadczenie uczy czegoś wręcz odwrotnego. Ale dość dygresji. Nasz mistrz, pozwoliwszy się nam wypowiedzieć, wprowadził nas w dorosłość. Otóż powiedział, że jedynym celem historii jest indoktrynacja. I uzasadnił swoją myśl, że po cóż innego rządy miałyby dawać pieniądze na coś równie bezproduktywnego i nieprzynoszącego widocznych profitów. A jakże, czerpią one korzyści właśnie w tej postaci, że kształtują wizję świata (przeszłości) swoich obywateli. Bardzo mądrze określił to Orwell w swej powieści 1984: Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość. I bynajmniej nie odnosi się to tylko do państw totalitarnych, jak wskazuje ta powieść. To, że w latach PRL-u nie mówiono o Katyniu, czy agresji radzieckiej, jest oczywiste, ale również dziś ocena wydarzeń z przeszłości zależy od frakcji politycznej, jak choćby rola, a przede wszystkim wkład Józefa Piłsudskiego w zwycięstwo w bitwie warszawskiej, której niedawno rocznicę obchodziliśmy (np. ujawnienie, a raczej przypomnienie, co przy tej okazji ma dużą wymowę przez posłów PSL tekstu mówiącego o tym, że na kilka dni przed bitwą Piłsudski chciał poddać się do dymisji). Wybiórcze żonglowanie faktami i ich interpretacja zgodna z własną wizją to typowe zabiegi polityków, jak również ideologii (rewizjonistyczne poglądy w sprawie holocaustu, w czym przoduje brytyjski historyk David Irving).
        I tak to studiując poznawałem to oblicze historii, która ma wiele twarzy. Idąc zaś w śladu „mistrza czarnoksięskiej wiedzy” sam odkrywałem „magię” indoktrynacji. Wszystko poznając, we wszystko wątpiąc.


        A teraz z innej beczki: znowu o serialu kryminalnym. We wtorek zdarza mi się oglądać Dowody zbrodni (Cold case), choć oczywiście z niecierpliwością czekam na jedyny serial, który regularnie przykuwa mnie do telewizora, czyli na Lost. Póki co jednak – jako się rzekło – zdarza mi się oglądać jakieś crime story.
        Serial (oczywiście kryminalny, a nie Lost) opowiada o tym, że pod wpływem nowych dowodów wznawia sie stare sprawy, często nie po latach,a po dziesięcioleciach, kiedy ludzie ułożyli sobie już życie na nowo, próbując zapomnieć o tragedii sprzed lat. A tu nagle wkracza policja i rozdrapuje te stare rany, niejako wkłada kij w mrowisko, i po co? Aby rozwiązać sprawę, o której ludzie świadomie lub podświadomie zapomnieli – pogodzili się z losem, nie mogąc go odmienić. Narażają ich na ponowne przeżywanie tego samego koszmaru, nie dając gwarancji, że przyniesie to ukojenie. Są jak lekarze, którzy muszą złamać ponownie rękę, czy nogę, która się źle zrosła.
        I tak sobie właśnie pomyślałem, że podobnie sprawa wygląda (lub może dla niektórych wyglądać), kiedy historycy stawiają pytania o sensowność Powstania Warszawskiego, czy inne wydarzenia z przeszłości. Takie pytania rozpętują dyskusję, która dla uczestników dawnych zdarzeń może być bolesna; przy tego typu rozważaniach pojawiają się (lub mogą pojawić) zadawnione żale, pretensje, resentymenty, poczucie winy lub upokorzenia – cały bagaż emocji, które raczej dzielą społeczeństwo niż je łączą.


        A ja – mimo wszystko, mimo cynizmu i świadomości manipulacji – jestem naiwnym romantykiem, albo niepoprawnym idealistą, co na jedno wychodzi (nieuleczane choroby), bo uważam, że być może historia jest (a przynajmniej powinna być) właśnie po to, by pomagać leczyć przeszłość. Jak ci policjanci z Dowodów zbrodni, jeśli już rozdrapują dziejowe rany, powinni dążyć do przedstawienia prawdy, nawet na przekór własnym interesom (jak w ostatnim odcinku, kiedy to wyszła na jaw brutalna prawda o jednym z funkcjonariuszy, którego uważano za bohatera poległego na służbie). Skoro już wkroczyłem w sferę idealizmu, to mogę pofantazjować: chciałbym dożyć (ale nawet gdyby to było później, byłoby miło;) czasów, gdy powstałaby płaszczyzna, na której historycy tworzyliby jeden obraz przeszłości niezależnie od narodowości, opcji politycznej, wyznawanej religii, czy innych różnic; taki obraz, który pozwoliłby ludziom pojednać się, zaznać ukojenia – taka prawda, która wyzwala od bólu, resentymentów, żali, upokorzeń i tego wszystkiego, co sprawia niszczy stosunki międzyludzkie.
        Ale nawet w przypadku, gdyby nie doszło do powstania takiej płaszczyzny dialogu, dobrze byłoby, gdyby historycy widzieli za tymi faktami, zdarzeniami, historią przez duże H, człowieka. I by w jakiś sposób chociaż mogli sprawić, by ci którzy tę historię tworzyli, odnaleźli prawdę, a za jej sprawą nowe życie... jak bohaterowie serialu Dowody zbrodni.


(Tak nawiasem mówiąc, to z reguły jestem przeciwnikiem jednego frontu, jednej organizacji, jakiejkolwiek wielkiej jedności, która pachnie monopolem na prawdę, czy wizję świata. Od tego bowiem blisko już do totalitaryzmu.)

 

wtorek, 21 sierpnia 2007
Przypadkowe spotkanie
 

Miało to miejsce jeszcze w lipcu; u początku wakacji, kiedy pogoda bynajmniej wakacyjną nie była. Wracałem właśnie z pracy tyle, że okrężną drogą, zahaczywszy o kilka miejsc. Szedłem ulicą Garbary od strony rynku Bernardyńskiego. Nade mną pochmurne niebo, ulica prawie pusta, a jedynym towarzyszem w tej wędrówce był wiatr. Szedłem i zobaczyłem nagle znajomą twarz. Pewnie byłem zamyślony – jak zwykle – gdyż dostrzegłem ją już z dość bliskiej odległości… Wyglądała tak jak dwanaście lat temu – nic się nie zmieniła – poczułem, jakby czas się cofnął. Szedłem wpatrując się w nią, i nie wiem, czy pod wpływem tego wpatrywania, zapatrzenia, czy sama z siebie, również spojrzała na mnie. I tak mijaliśmy się patrząc na siebie, niezdolni odezwać się, a zarazem niezdolni, aby minąć się obojętni…
          Nie pamiętam, kto wreszcie przerwał to milczenie. Padły standardowe słowa „cześć” i potwierdzenie tego, że się znamy. W ten pochmurny dzień, na środku chodnika wpatrywaliśmy się w siebie, a może w drogę, którą minęliśmy. Być może niewiele się zmieniliśmy zewnętrznie (ona wcale się nie zmieniła, a ja?), wewnętrznie byliśmy jednak dla siebie obcy. Te wspólne tygodnie spędzone na jednym wyjeździe (a może na dwóch?) i jakieś spotkania okołoobozowe, były już zbyt mglistym, zbyt rozmytym obrazem, aby można było coś zrekonstruować na jego podstawie; aby można było skleić zdania… Nie byliśmy w stanie nic zbudować. Kiedy więc powiedziała, że się spieszy, zabrzmiało to jak wybawienie.

(a jednak czegoś żal)

poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Siła i piękno brytyjskiego kina

W sobotni wieczór w telewizji po raz kolejny Billy Elliot. Nie mogłem więc przepuścić takiej okazji. Kino brytyjskie to obecnie chyba najlepsze kino europejskie, jeśli chodzi o kwestie społeczne. Ukazując życie garstki ludzi, potrafi pokazać problemy, które dotykają wszystkich. I to problemy ludzkie na szerszym tyle politycznych i gospodarczych przemian. Przy tym niewiele mówiąc o polityce, nie wdając się w dyskusje, nie oceniając jej, nie moralizując, nie pokazując prostych (naiwnych) rozwiązań.
        
I takim też filmem jest właśnie Billy Elliot. Billy to chłopak, który pragnie tańczyć, więc zamiast na lekcje boksu, na które posyła go ojciec, chodzi na lekcje baletu. Nie znajduje zrozumienia dla swej pasji w domu, gdzie matka nie żyje, a ojciec z bratem – obaj górnicy – strajkują, by bronić swoich praw i godności. W tych zmaganiach między sobą i ze światem zewnętrznym, każdy musi pokonać długą drogę, aby odkrycia mądrość. Nie jest to jednak „mądrość” filmów hollywoodzkich, gdzie wystarczy chcieć, aby marzenie się spełniło, albo też, że niespodziewanie los się uśmiechnie i pojawia się tak potrzebna i oczekiwana pomoc. Podobnie jak w innych brytyjskich filmach takich jak Goło i wesoło, czy Orkiestra, na przekór scen, które bawią, bohaterowie zmagają się z frustracją, noszą w sobie niespełnione marzenia, które na równi dają siłę, jak i stanowią balast w życiu… Wreszcie, choć bohaterowie są sobie bliscy i chcą dobrze dla siebie, muszą się tego nauczyć, „docierać się”, aby dostrzec, że droga odmienna od tej, którą wybierają dla bliskich, może być szansą, wyrwaniem się ku lepszemu, zupełnie jak w nie-filmowej rodzinie.
        
Mimo, że ten śmiech płynie przez łzy, te filmy dają również prawdziwą siłę. Siłę, która płynnie z walki; z prawdy, że wszystko na tym święcie ma swoją cenę. I każdy musi ją ponieść: ojciec, który staje się łamistrajkiem; który pozbywa się pamiątek po zmarłej żonie, aby zapewnić utrzymanie i realizację planów syna; oraz Billy ciężko ćwicząc, pokonując swoje słabości, bo sama miłość i talent to za mało. Dlatego też zakończenie filmu wydaje się realistyczne: wypływa ono z marzeń, a przede wszystkim z pracy, które dopiero wspólnie przynoszą efekty. Ten film, podobnie jak inne dzieła wyspiarzy, ma w sobie moc i piękno, jakich każdy potrzebuje w życiu codziennym.
        
I jest jeszcze wspaniała muzyka: od punkowego The Clash po Jezioro łabędzi.